Więcej żagli nie od Starych Dzwonów

Muzyka morza na czarnych krążkach (cz. 1.)
Prezentacje Kamil Piotrowski 17 stycznia 2022
Więcej żagli winyl Fot. Kamil Piotr Piotrowski
W pierwszej wersji opowieść o płycie „Więcej żagli” ukazała się w szerszym artykule o historycznych polskich winylach szantowych dla Magazynu MORZE (2/2020) oraz Magazynu FOLK24 (1/2020). Pretekstem do zainteresowania się tym tematem było oczywiście pojawienie się winyla Sąsiadów pt. „W kieszeni dolar”. Ale z czasem opowieść o każdej z opisanych płyt zaczęła się rozwijać...

Ponieważ historia powstania pierwszych polskich szantowych winyli mnie wciągnęła, dotarłem do nowych osób, które „maczały” w ich produkcji palce. Pojawiło się jeszcze kilka nowych wątków, które wzbogaciły historię opisywanych winyli postanowiłem więc poświęcić więcej miejsca każdej z płyt. Oto poprawiona i poszerzona opowieść o pierwszej z nich – „Więcej żagli” nagranej przez Ryszarda Muzaja, Mirosława Peszkowskiego, Jerzego Porębskiego i Marka Siurawskiego, którzy jeszcze wtedy nie byli Starymi Dzwonami...

***

Oto udało mi się spełnić jedno z moich muzycznych, a właściwie wydawniczych marzeń i trzymam w ręku dopiero co wydanego (marzec 2020 – przyp. red.), najprawdziwszego winyla, na którym znalazł się materiał z najnowszej płyty zespołu Sąsiedzi pt. „W kieszeni dolar” (na CD ukazał się w marcu 2018 r.). Odkąd trafiłem do zespołu, w grudniu roku 2005, gdzieś tam kołatał się pomysł, by dołączyć do wielkiej trójki „szantowych” winyli.

Wielka trójka

Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ukazały się trzy płyty winylowe z pieśniami morza – obecnie kultowe i nie do zdobycia. Były to: „Więcej żagli” Poręby, Muzaja, Siurawy i Pestki, „Mechanicy Shanty” Mechaników Shanty oraz „Pytania” grupy Tonam&Synowie. Wiem, że były jeszcze pomysły na kilka innych, m.in. trójmiejskiego Packetu czy radomskiego Klipra, ale nie doszły one do skutku.

Co spowodowało, że więcej muzyki śpiewających żeglarzy nie ukazało się już na winylach?

Po pierwsze, tak jak i dziś, nie było to ani łatwe ani tanie. Po drugie świat już coraz bardziej zdobywał inny nośnik – CD – który wraz z nową rzeczywistością polityczno-gospodarczą dotarł także do Polski.

Ale zanim Rzeczpospolitą zawładnęła płyta CD, a gramofony trafiły do lamusa, trzem zespołom piosenki żeglarskiej udało się nagrać i wydać swoją muzykę na winylu. Palmę pierwszeństwa w tym wyścigu zdobyła płyta, wydana w Radomiu w 1983 r. w nakładzie 4000 egz.

A zaczęło się od imienin

Radomski żeglarz i działacz PZŻ Roman Dąbrowski postanowił w 1982 r., że swoje święto będzie obchodzić w towarzystwie znanych już na żeglarskiej scenie wykonawców: Ryszarda Muzaja, Mirosława Peszkowskiego, Jerzego Porębskiego i Marka Siurawskiego. Przy tej okazji solenizant zorganizował także konkurs dla radomskich młodych adeptów piosenki żeglarskiej. Wydarzenie otrzymało miano „Radomskie Spotkania z Piosenką Żeglarską”. Wszystko udało się nad wyraz i rok później ponownie solenizant oraz radomski OZŻ dołożyli starań, aby imprezę powtórzyć. Zorganizowali kolejny przegląd, znany dziś jako „RAFA”.

Bez braci żeglarskiej ani rusz

By uczcić 60-lecie Polskiego Związku Żeglarskiego (przypadającego w 1984 r.) na trzecią edycję „Spotkań” Radomski Okręgowy Związek Żeglarski wydał pierwszą polską czarną płytę z szantami – marynarskimi pieśniami pracy dawnych pokładów oraz balladami morskimi i autorskimi piosenkami żeglarskimi.

Ojcem pomysłodawcą był wspominany już Roman Dąbrowski. Jej ukazanie się było serią cudów i niezłym wyczynem, bo od pomysłu do wydania minął niewiele ponad miesiąc (sic!). Dziś samo tłoczenie trwa ok. sześciu tygodni. Pamiętać też trzeba, że czas, w którym płytę nagrywano i produkowano, to był czas komunizmu, kilka miesięcy po zniesieniu stanu wojennego (zniesiono go 22.07.1983), gdy brakowało niemal wszystkiego.

Tak o tym swoim szalonym pomyśle trzydzieści siedem lat później, z USA, gdzie teraz mieszka, opowiadał mi Roman Dąbrowski:

Sama sesja nagraniowa była przyjemnością, zabawą, schody zaczęły się później. Brakowało wtedy wszystkiego, potrzebne rzeczy załatwiało się po znajomości, a czasu było mało, bo chcieliśmy wydać płytę na kolejną edycję naszego festiwalu. Papier był reglamentowany i na zakup trzeba było mieć specjalny przydział z Wytwórni Papierów Wartościowych, a potem rozliczyć dokładnie każdą sztukę – pomógł znajomy żeglarz. By z kolei ten papier odebrać (500 kg), potrzebne było większe auto – pożyczył kolega żeglarz. W tłoczni (Zakłady Tworzyw „Pronit” w Pionkach) była kolejka, nie było szans, by zdążyć przed festiwalem, ale jednym z dyrektorów był tam żeglarz... – podobno przesunął nas w kolejce przed Marylę Rodowicz.

I tak od żeglarza do żeglarza udało się pokonać wszystkie przeszkody i płyta ujrzała światło dzienne w miesiąc od pojawienia się pomysłu. Niewiarygodne! Wtedy i dziś.

Nie wszystko jednak poszło po myśli pana Romana, bo o ile płyta była gotowa na festiwal, to okładka nie. Dotarła kilka dni później. Jednak zainteresowanie tym wydawnictwem było tak duże, że ludzie podobno nie chcieli czekać i brali winyla bez okładki.

Płyta jeszcze nie Starych Dzwonów

Na płycie znalazł się materiał zarejestrowany przez muzyków zespołu, który chwilę później przybrał nazwę Stare Dzwony, ale nazwy tej na okładce nie ma.

Ale na okładce śpiewnika jest

Kilka miesięcy później do płyty wydano suplement – książeczkę, śpiewnik – oficjalnie „broszurę do użytku wewnętrznego PZŻ”, przygotowaną przez Komisję Kultury Polskiego Związku Żeglarskiego, w której Jerzy Wadowski, największy ówczesny znawca kultury marynistycznej, w tym szant, ze znawstwem opisał poszczególne utwory i ich historię. Przedstawiono też zespół i historię szant w ogóle. Broszura była idealnym uzupełnieniem skąpej w takie informacje okładki płyty i po raz pierwszy wymieniała nazwę Stare Dzwony!

Dlaczego nazwa nie znalazła się na okładce? Tak tłumaczył mi to Ryszard Muzaj:

Traktowaliśmy wtedy to nasze wspólne muzykowanie jako luźne spotkania przyjaciół. Nazwa Stare Dzwony wypłynęła po wydaniu płyty, dlatego nie ma jej na okładce.

Tylko jeden dzień, mój brachu

Sesja nagraniowa trwała tylko kilkanaście godzin, a odbyła się w Studiu Polskiego Radia Kielce pod okiem Jerzego Szczepanka. Nagrań dokonano na tzw. „setkę”, więc nie było zbyt wielu możliwości poprawek, nie to co dziś. Mirosław Peszkowski tak wspomina tamten czas:

Zaczęło się od tego, że w dniu nagrań, ja i moja obecna żona Ania, spóźniliśmy się na pociąg w Warszawie. Reszta chłopaków na nas czekała i też nie pojechali. Zapakowałem więc kolegów i sprzęt (gitary, banjo) do mojego Malucha (Fiat 126 p. – przyp. red.) i pognaliśmy do Kielc. Żona z innymi osobami dojechała późniejszym pociągiem. Samo nagrywanie to była dzika przygoda. Atmosfera była wspaniała. Byliśmy skupieni i podekscytowani. Adrenalina i świadomość, że oto tworzymy pierwszą taką płytę w Polsce, trzymały nas w ryzach, ale panował też taki twórczy, żeglarsko-przyjacielski luz, w który czasem wkradał się nawet lekko wesoły bałagan.

W trakcie takiego rozprężenia przydarzyła się dramatyczna historia, bo w jej efekcie na płycie nie pojawiła się, nagrana przez Muzaja i Peszkowskiego, piosenka „Klipry”, czego Pestka żałuje do dziś, a „Pożegnanie Liverpoolu” rozpoczyna się szumem fal. Co się wydarzyło opowiedział mi Siurawa w wywiadzie, który przeprowadziłem z nim dla naszego Magazynu Miłośników Kultury Morza „Shantyman”. Oto co usłyszałem....

Otóż, gdy już skończyliśmy nagrania wydarzył się nam niezbyt przyjemny wypadek. Może nie powinienem o tym mówić, ale co tam. Otóż, byliśmy po zakończeniach nagrań tak szczęśliwi, podekscytowani, że postanowiliśmy to uczcić. Nie natychmiast i nie doszczętnie, ale jednak trochę się napiliśmy, łącznie z realizatorami. Nie wiedzieliśmy tylko, że jeden z nich nie powinien pić alkoholu w ogóle, nic, a nic, a jednak trochę wypił i to wystarczyło. W trakcie tej celebracji, słuchaliśmy tego materiału cały czas, od nowa i od nowa i nagle, ten realizator tak nieszczęśliwie oparł się o stół mikserski, że skasował początek „Pożegnania Liverpoolu”. Bezpowrotnie! Efekt tego słychać na płycie, tylko mało kto wie, że ten szum morza na początku, to nie zabieg artystyczny, tylko smutna konieczność przykrycia brakującego początku piosenki.

Pamiętam, że wytrzeźwieliśmy natychmiast, bo to zdarzenie groziło nie tylko nagraniem całego „Liverpoolu” od nowa, ale jakimiś straszniejszymi konsekwencjami, kosztami. Romek był załamany, my też. Masakra! Na szczęście ktoś wpadł na ten pomysł z szumem morza i jakoś nam się udało.

Klasyka ze współczesnością

Łącznie na płycie nagrano czternaście utworów, po siedem na każdej ze stron. Na stronie A przeważa repertuar tradycyjny z tekstami nieżyjących już Jerzego Wadowskiego, Andrzeja Mendygrała i Jerzego Rogackiego. Jest też autorska piosenka Mirosława Peszkowskiego. Na stronie B dla odmiany znalazły się w większości piosenki autorskie nagrywających, ale i jedna szanta. Pełna lista wygląda tak (zapis oryginalny):

Str A.:

1. SACRAMENTO – sł. Jerzy Wadowski, mel. wg „Sacramento”

2. RIO GRANDE – sł. Jerzy Wadowski, mel. wg „Rio Grande”

3. SHENANDOAH – sł. A. Mendygrał, R. Soliński, mel. wg Shenandoah

4. RZUĆ JĄ JOHNY – sł. Jerzy Wadowski, mel. wg Leave Her Johny, Leave Johny

5. POŻEGNANIE LIVERPOOLU – sł. K. Kuza, J. Rogacki, mel. wg Leaving of Liverpool

6. SALLY BROWN – sł. Jerzy Wadowski, mel. wg Sally Brown

7. ŚNIEG I MGŁA – sł. i mel. M. Peszkowski

Str B:

1. CZTERY PIWKA NA STÓŁ – sł. i mel. J. Porębski

2. NAPIJMY SIĘ RUMU – sł. C. Janus, mel. W. Bocianowski

3. PIOTR – sł. i mel. J. Porębski

4. WHISKY JOHN – sł. A. Mendygrał, R. Soliński, mel. wg „Whisky John”

5. GDYŃSKI PORT – sł. i mel. R. Muzaj

6. SZTORM PRZY GEORGII – sł. i mel. J. Porębski

7. WIĘCEJ ŻAGLI – sł. M. Zaruski, mel. R. Muzaj

Co ciekawe (nie spotkałem się z tym dotąd) na samym krążku, na stronie A pojawiła się pieczątka z erratą, gdyż tam wkradł się błąd w opisie i słowa do „Sally Brown” ktoś przypisał: „autorowi nieznanemu”.

Więcej żali

Projektem okładki zajął się radomski żeglarz Czesław Jeżak. Na pierwszej stronie, w biało-niebieskiej kolorystyce, znalazły się proste grafiki przedstawiające żaglówkę na morzu i gitarę utrzymującą się na powierzchni oraz niebiesko-żółty napis „Więcej żagli”. Tytuł płyty wzięto od utworu Muzaja do wiersza „Żegluga” Mariusza Zaruskiego. Z tym tytułem płyty także wiąże się zabawna historia, którą opowiedział mi Ryszard Muzaj.

W jakimś czasopiśmie, po wydaniu płyty, ukazała się wzmianka o niej, tyle że na skutek literówki zmienił się jej tytuł na „Więcej żali”.

Na odwrocie okładki znalazły się m.in. informacje techniczne, lista utworów, nazwiska i zdjęcia wykonawców (wszystkie były chyba z dowodów, poza jednym, o którego okolicznościach powstania wspomniał w cytowanym już wywiadzie Siurawa:

(...) powstała okładka, z tym moim nieszczęsnym zdjęciem, które z konieczności robiłem na Dworcu Centralnym w Warszawie w takiej kabince do zdjęć natychmiastowych. No i tak to się działo. Dziś wartość archiwalna jest niewątpliwie ogromna.

/cały wywiad z Markiem „Siurawą” Szurawskim tutaj: „Panował fajny entuzjazm”/

Sekcja specjalna, zawsze lojalna

O ile zwyczajowo na okładce wymieniono muzyków, o tyle nie ma na niej ani słowa o „sekcji rytmicznej”, która brała udział w nagraniach. Parę osób, które też dotarły do studia w Kielcach (tym, wspomnianym przez Mirosława Peszkowskiego późniejszym pociągiem) dogrywało m.in. oklaski, pstrykanie palcami i inne rytmiczne dźwięki, a jak opowiadał mi Roman Dąbrowski, obok niego byli to jeszcze m.in. Ania Peszkowska (wtedy w Komisji Kultury PZŻ) i Paweł Morzycki (późniejszy kierownik działu morskiego „Żagli”).

Efekt motyla

Dlaczego ta płyta była tak ważna? Płyta poza tym, że wywołała niemałe poruszenie w światku żeglarskim, bo prezentowała mało znany wtedy u nas gatunek muzyczny, czyli szanty, była też pierwszym oficjalnym nagraniem nieistniejącego jeszcze formalnie zespołu Stare Dzwony. To po tej sesji panowie zintensyfikowali działania w kierunku dalszego wspólnego grania, które m.in. zaprowadziło ich na spotkanie ze Stanem Hugillem i innymi, światowej renomy szantymenami.
Płyta jako ta pierwsza, była też inspiracją dla innych, że można i trzeba muzykę morza wydawać na płytach winylowych. Choć jak się później okazało tych „innych” nie było zbyt wielu.

CD z Magazynu REJS

W 2004 roku, a więc 21 lat po ukazaniu się historycznego winyla, Magazyn „Rejs”, który pod koniec 2003 roku stał się własnością AWR „Wprost” (tak, wydawcy tygodnika WPROST), do jednego z wydań dołożył płytę CD z materiałem z  „Więcej żagli”. Płyta różniła się jednak od oryginału tym, że zmieniona była na niej kolejność utworów, co znacząco zaburzyło podział z winyla na część „klasyczną” i „współczesną”. Większą jednak wadą tego wydania było to, że zabrakło na nim „Pożegnania Liverpoolu” (z tym pechowo skasowanym początkiem). Gdy zwróciłem na to uwagę Markowi Szurawskiemu był tym faktem zaskoczony. Ktoś, dziś nie wiadomo kto, zdecydował wtedy, że na płycie „Pożegnania Liverpoolu” nie będzie.
Płyta do magazynu była dołożona w foliowej, przeźroczystej kopercie (choć tego teraz nie jestem pewien – ktoś może potwierdzić?), po latach w środowisku zaczęła krążyć już w plastikowym opakowaniu, dystrybuowana głównie przez samych muzyków. Na dorobionej okładce widnieje data wydania 1981, co oczywiście jest błędem, bo jak już wiemy LP ukazał się w 1983 r, a CD w 2004.

Znów pierwsi

Po latach życie dopisało do tej winylowej historii kolejny wątek. Trzy dekady później, Siurawa, Muzaj, Korycki i Dominika Żukowska (niestety Jerzy Porębski nie dotarł na nagranie), już jako uznani mentorzy i mistrzowie gatunku znów pokazali „szantowemu” światu, że chcieć to móc i znów jako pierwsi na żeglarskiej scenie RP wydali w 2015 r. płytę, tyle, że tym razem pierwsze i jak na razie jedyne na naszej „szantowej” scenie koncertowe DVD!

/szczegóły nt. projektu znajdziecie w artykule „Ciągle grają i nagrywają”/

 

 Jeśli sami macie jakąś ciekawą historię związaną z tą płytą, jej powstaniem – dajcie znak koniecznie.

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy
Bądź na bieżąco, zapisz się na powiadomienia o nowych artykułach: