Panował fajny entuzjazm

Rozmowa z Markiem "Siurawą" Szurawskim
Wywiady Kamil Piotrowski 20 lutego 2020
Marek Szurawski Fot. Kamil Piotrowski
W tym roku grupa Stare Dzwony obchodzi jubileusz czterdziestolecia działalności. Z tej okazji rozmawiamy z Markiem Szurawskim o początkach zespołu, o osiągnięciach, ale też o Marka własnej ścieżce muzycznej, zainteresowaniach i planach. Pytamy go o inspiracje, o mistrzów szantowych, sukcesy i o polską scenę szantową, o polskich wykonawców i... oczywiście o rum.

Jak to się wszystko zaczęło, skąd się wzięła ta muzyka morza, co było pierwsze, pieśni morza czy żagle, pływanie czy śpiewanie?

Zależy jak na to popatrzeć, z której strony. Śpiew sam w sobie jako uporządkowana sekwencja dźwięków, jaką człowiek wydaje, czy wydawał wzięła się myślę równolegle z narodzinami człowieka. Natomiast ta muzyka dawnego pokładu, szanta, pieśń kubryku – mówimy tu o klasyce – to w ich przypadku najpierw chyba było pływanie.

A w twoim wypadku?

W moim wypadku rzecz się działa chyba równolegle, chociaż… jeśli chodzi o samą muzykę morza, to wzięła się ona u mnie z żeglarstwa. Lata to były dosyć odległe, bo zainteresowałem się tematem na początku lat sześćdziesiątych ub. wieku. Gdy zacząłem się już pojawiać pod żaglami, na Mazurach czy na morzu, wtedy zetknąłem się z piosenką żeglarską.

Miałeś wcześniejsze doświadczenia muzyczne?

Tak. Mój dom rodzinny był muzyczny, ja też muzykowałem trochę. Przez wiele lat uczyłem się grać na pianinie, więc miałem podstawy muzyki w sobie, a w Warszawie, na studiach, zainteresowałem się gitarą. Morskie pieśni trafiły do mnie przez żeglarstwo. Tam, gdzie się pływało, także się śpiewało. To były fajne teksty, fajne piosenki, spodobały mi się.

Czyli najpierw była piosenka?

Tak. Zdobyłem pierwsze śpiewniki. I ten pierwszy etap, zabawy, wchodzenia w środowisko, poznawania tego nurtu trwał do momentu, gdy dotarło do mnie, że jest coś takiego, jak szanta, czyli marynarska pieśń pracy.

Jak dawne pieśni morza, szanty trafiły do Ciebie?

Ogromną rolę odegrał tu Jerzy Wadowski, ówczesny sekretarz redakcji miesięcznika „Morze”, który miał wtedy największą kolekcję płyt winylowych z muzyką morza (odkupił ją później od niego Jerzy Rogacki – przyp. red.). Wadowski zanim trafił do redakcji Morza, wyjechał do Stanów i Kanady i tam przez jakiś czas pracował w sklepie muzycznym lub kilku sklepach. Wtedy miał okazję posłuchać tej muzyki i przywiózł do Polski co ciekawsze wykonania. Nie pamiętam jak to się stało, że Wadowski udostępnił nam część tych zbiorów…

Nam?

Starym Dzwonom. I mam tu na myśli jeszcze nasze początki w składzie Jurek Porębski, Rysiu Muzaj, ja, Mirek Peszkowski, a wcześniej jeszcze Aldek Długosz. Próbowaliśmy coś w temacie szant robić, a dzięki kolekcji Jurka poznaliśmy oryginały i zachwyciliśmy się tą prawdziwą, pełnokrwistą pieśnią morza, która dotarła do nas w najlepszym wydaniu, grup z Anglii, Francji, Ameryki. Poszliśmy po najmniejszej linii oporu i staraliśmy się, co było naturalne i oczywiste, to jak najwierniej skopiować.

Opowiedz jeszcze zanim pójdziemy dalej, jak doszło do spotkania Starych Dzwonów?

Też trochę przez przypadek. Ja oczywiście trochę już grałem i śpiewałem, ale o wiele intensywniej robili to Jurek Porębski i Rysiek Muzaj. Peszkowski też się gdzieś tam przy tym pojawiał, jeszcze jako student szkoły morskiej, Aldek również się objawiał ale bardziej towarzysko, niż muzycznie. I w pewnym momencie to towarzystwo spotkało się na Mazurach. Taki zbieg okoliczności.

Nie znaliście się wcześniej?

Każdy o każdym słyszał, ale nie było dotąd okazji do bezpośredniego spotkania.

A jak już do tego spotkania doszło…

To fajnie było. Wspólne rozmowy, śpiewanie, poznawanie się nawzajem… Pamiętam jak Jurek uważnie śledził jak gra Muzaj, jak łapie te swoje „dziwne” akordy. My z kolei patrzyliśmy na Jurka, bo wtedy już był znany jako znakomity tekściarz i muzyk. Mirka z kolei podziwialiśmy z racji, że w ogóle już pływał po morzu. I wszyscy razem mieliśmy już na koncie jakieś festiwale… Nie zapadła wtedy jakaś wiążąca decyzja, że zakładamy zespół, tylko, że próbujemy coś zrobić razem.

To kiedy pojawiła się nazwa Stare Dzwony?

Wiesz, do tej pory nie mam pojęcia kto wymyślił tę absurdalną wtedy nazwę (śmiech). Po prostu nie pamiętam sytuacji. Zostało oczywiście i teraz ma już jakiś sens, ale wtedy… (śmiech).

To musiały być bardzo fajne, luźne czasy?

O tak! Pamiętam, że panował wśród nas taki fajny entuzjazm do tego, by stare rzeczy robić klasycznie, i co ciekawe, nikt na siłę nie chciał prezentować swoich utworów – bo jak wspomniałem i Rysiek i Jurek mieli już na koncie sporo swoich piosenek – tylko zgodnie uznaliśmy, że szanty to jest to, czym się razem będziemy zajmować. Była taka cudowna zgodność celów.

Która zawiodła Was nie tylko na festiwale ale do mediów…

Któregoś razu Jurek Woźniak, też już nieżyjący, nagrał nas po dwóch, czy trzech latach od powstania Starych Dzwonów, gdzieś na Mazurach do „programu szantowego”. Pamiętam do tej pory, jak wtedy na omedze śpiewaliśmy szanty! Wyobraź sobie (śmiech). Została nam z tego kaseta VHS.

Ale te nasze wersje szant, bliskie oryginałowi sprawdziły się, bo jeszcze później, filmowiec i reżyser Andrzej Radomiński zrealizował z naszym udziałem już film o szantach w ogóle i rodzącym się wówczas polskim środowisku szantowym pt. „A wiatr na wantach melodię gra”*. Film dostał nawet jakieś nagrody na kilku festiwalach.

I te szanty i pieśni morza zaprowadziły Was jeszcze dalej, bo za granicę. W tamtych, komunistycznych czasach nie łatwo było wyjechać za żelazną kurtynę. Pamiętasz, który festiwal był tym waszym pierwszym, zagranicznym?

Oczywiście, a historia ta wiąże się nierozerwalnie z Januszem Sikorskim, też już nieżyjącym, który zaproponował mi współpracę w Rozgłośni Harcerskiej przy realizacji swojego programu „Kliper siedmiu mórz”. Bywałem tam często i tam, na biurku znalazłem raz – też ani Janusz, ani ja nie mieliśmy pojęcia, kto go tam położył – informator po angielsku o festiwalu w Liverpoolu. Na jego końcu była m.in. informacja, że jeśli interesujesz się szantami, śpiewasz szanty, to koniecznie się skontaktuj. Niewiele myśląc zadzwoniłem do Liverpoolu…

I dodzwoniłeś się?!

Wyobraź sobie, że tak! Trafiłem wtedy na Tony’ego Davisa (z zespołu The Spinners – przyp.red.), który po paru latach dopiero przyznał nam się – sukin kot (śmiech) – że jak usłyszeli szanty po polsku, to pokładali się ze śmiechu… Ale wtedy, niczego nie podejrzewając, wysłałem mu kasetę VHS, tę z programem Jurka Woźniaka i oni zobaczyli, że faktycznie Polacy śpiewają ich tradycyjne pieśni. Uznali to chyba ostatecznie za ciekawostkę i zaprosili nas do tego Liverpoolu.

I znaleźliście się w szantymeńskim raju, wśród samych mistrzów gatunku, z legendarnym Stanem Hugillem na czele. Pamiętasz swoje wrażenia z tamtego pobytu?

To było niesłychanie znaczące spotkanie. Dla mnie to było ogromne przeżycie, bo patrzyłem z podziwem tam na pewnego starszego pana – legendę tego ruchu – Stana Hugilla, którego traktowaliśmy jak Boga, a dla nich to był po prostu kolega. Na szczęście błyskawicznie się tam skumplowaliśmy, nadając na wspólnych falach z Anglikami. Zrobiliśmy też na nich dobre wrażenie, co sprawiło, że oni autentycznie zainteresowali się tymi naszymi szantami w Polsce. A już w zdumienie wprawiał ich fakt, że śpiewamy je w zimie, na festiwalu w Krakowie, 600 km od morza, na który przybywa tysiące młodych ludzi. To było dla nich coś niesamowitego. Na koniec naszego pobytu, po tych wszystkich rozmowach, śpiewaniach Anglicy zaproponowali, że oni bardzo chętnie przyjadą do Krakowa. Pamiętaj to był 1985 rok. Powiedzieli, że nie chcą żadnych pieniędzy, przyjadą na swój koszt, byleśmy im i żonom zapewnili tylko pobyt. I tak się stało…

Słyszałem legendy i niesamowite opowieści o ich pobycie w Polsce… Podobno łatwo nie mieli?

Oj tak. Jacek Reschke był wtedy dyrektorem Festiwalu „Shanties” i wymyślił im bardzo bogaty i niesamowity program pobytu, który zapamiętali na bardzo długo. Teraz już rzadziej, ale nawet kilkanaście lat po tej wizycie pisali do nas, w okolicznościowych kartkach, że wyprawa do Krakowa w środku zimy była najpiękniejszą, jaką mieli w życiu (śmiech).

Co wyście im tam zgotowali?!

Początek ich pobytu nie był taki optymistyczny. Mało brakowało, a już pierwszego dnia wrócili by do domu. Otóż, Jacek wymyślił, że przed festiwalem, przez trzy dni, ugościmy ich w Bukowinie Tatrzańskiej. Co okazało się traumatycznym przeżyciem dla większości Anglików, bo u nich już panował zgniły kapitalizm, a u nas wiadomo… oni nie byli przygotowani na te warunki atmosferyczne i na taki wysiłek fizyczny, jaki im zgotowaliśmy na początek. Na miejscu, by dostać się do schroniska musieliśmy najpierw zejść paręset metrów w dół, a później wdrapać sto, dwieście metrów w śniegu. I to zadanie okazało się dla nich bardzo trudne. Było trochę mrozu, lodu i oni co rusz się przewracali, zjeżdżali w dół, wdrapywali się ponownie, by po paru metrach znów zjechać parę metrów. No koszmar. Byliśmy tym przerażeni i pamiętam jak w połowie tego podejścia Tony Davis podszedł do mnie, zaklął siarczyście i powiedział, że „jak tu za chwilę nie będzie tego schroniska, to my wracamy” (śmiech). Teraz mi do śmiechu, wtedy nie bardzo... Pamiętam też jak z przestrachem patrzyłem na Irlandczyka, który przewracał się i wstawał, przewracał i wstawał i za każdym razem walił wściekle pięścią w ten śnieg. Nie wiedziałem co się dzieje, a on wściekał się na siebie, że nie może wejść na tę górę. I tak objawiała się jego irlandzka zadziorność.

No ale jak już dotarliśmy, jak dostali herbatę z prądem, ciepłą zupę, a następnego dnia przejechali się kuligiem, przeżyli nocne ognisko przy góralskiej muzyce, i wiele innych atrakcji, to już była bajka.

A sam festiwal…

Też był znakomity. Był wtedy przecież Stan Hugill  – w ogóle to chyba ze czterdzieści osób przyjechało wtedy z Wysp. Zobaczyli, że można się szantami i pieśniami morza tak dobrze bawić, że zgotowano im niesamowite przyjęcie. Anglicy mieli łzy w oczach, nie wiedzieli o co chodzi. U nich jak było sto osób na festiwalu, to ogłaszano sukces, a w Krakowie zobaczyli tysiące, i to dodajmy młodych ludzi, entuzjastycznie witających każdego wykonawcę. Anglicy byli w szoku, chyba przez cały pobyt. Nie mogli w to, co się działo, uwierzyć. Nikt tego nie reżyserował, bo nikt by nie wymyślił, że na ostatnim występie Stana Hugilla, publiczność nie da mu dokończyć, odśpiewując mu chóralnie „sto lat”. Wszystko tam działo się spontanicznie. Wielu się popłakało, sam Stan również miał łzy w oczach. Widziałem później, jak przed odlotem, o czwartej nad ranem na Okęciu tańczył z radości, że mu się coś takiego przytrafiło. Wielokrotnie później w wywiadach i felietonach podkreślał, że czegoś takiego nie widział, a miał wtedy 84 lata i kawał świata przecież zwiedził.

I to był ten pierwszy „Shanties” międzynarodowy?

Tak. To był właśnie ten przełom, rok 1987 r. Po tym ich pobycie poszła fama w świat, że warto do Krakowa przyjeżdzać, że panuje tu cudowna atmosfera i tak zaczęliśmy na Shanties gościć wielkie osobistości świata szantowego.

A jak wspominasz swoje pierwsze kontakty ze Stanem Hugillem?

Wtedy podczas naszego wyjazdu do Liverpoolu był dla mnie początkowo kimś nieosiągalnym, a okazało się, że to normalny gość. Nie pamiętam czy już napisałem, czy byłem w trakcie pisania mojej książki „Szanty i szantymeni”, a w niej czerpałem z jego cytatów, wiedzy. Bardzo przychylnie się do tego odnosił i nasze kolejne spotkania to było takie fajne budowanie więzi, najpierw koleżeńskiej, później bliższej, nici wręcz sympatii. Zmarł za wcześnie i ta nasza znajomość była za krótka, by mówić o przyjaźni, ale niewątpliwie darzyliśmy się szacunkiem i sympatią. Dla mnie zawsze pozostanie wartościowym człowiekiem, wzorem erudyty. A gdy jeszcze odsłonił mi wiele faktów ze swej biografii, to do dziś nie mam wątpliwości, że powinien być wzorem do naśladowania dla innych.

Wydałeś lat temu parę CD, na którym przybliżasz słuchaczom postać Stana Hugilla, a opowieść ta zrodziła się po niezwykłym liście, który ci wysłał…

Tak, chętnie o tym opowiadam, bo to niezwykła historia. Gdy w 1991 r. byłem w Liverpoolu chciałem zrobić z nim dłuższy wywiad do mojej audycji „Razem bracia do lin”. Do wywiadu nie doszło zostawiłem mu tylko kilkanaście pytań na kartce z prośbą by jednym, dwoma zdaniami na nie odpowiedział. Nikt wtedy nie wiedział, że parę miesięcy przed tym spotkaniem, na badaniach lekarze postawili mu diagnozę, że ma raka i przed sobą tylko rok życia. Po naszym spotkaniu Stan milczał długo i nawet już się pogodziłem z tym, że odpowiedzi nie będzie, po czym on mi przysłał ten siedemdziesięciostronicowy! list, pisany ręcznie!, w którym nie tylko odpowiedział mi na moje pytania, ale napisał mi też o całym swoim życiu, i to tak, że dwa, trzy scenariusze filmowe można by było z tych opowieści stworzyć. Zbaraniałem.

Gdy wiosną 1992 popłynąłem w rejs programu Columbus (zlot z okazji 500-lecia odkrycia Ameryki – przyp. red.) i dowiedziałem się w maju, że Stan Hugill zmarł, wtedy dotarło do mnie, że to jest list pożegnalny. List przetłumaczyłem, nagrałem na jego podstawie swoją opowieść, by pozostał jakiś ślad po tym niezwykłym człowieku – maryniście, erudycie, malarzu, japoniście, poliglocie, marynarzu, badaczu i odkrywcy szant i przede wszystkim ostatnim czynnym zawodowo szantymenie.

Często w swej opowieści o kimś, dodajesz, że ten ktoś już nie żyje. Mistrzowie odchodzą, jak bez nich ta muzyka ma przetrwać twoim zdaniem?

Myślę, że przetrwa tak czy inaczej. Ostatnio trochę odstałem już od tego ruchu szantowego. Nie w sensie, że nie bywam na festiwalach, ale jestem często zbyt zmęczony lub inne sprawy mnie absorbują na tyle, że nie bardzo mam już czas by słuchać wszystkich. Jednak to, co do mnie dociera, przebija się pokazuje, że w repertuarach tych starszych grup ta klasyka jest obecna, szanty wciąż słychać.

Jak długo jeszcze? Coraz częściej słychać na scenach jednak wszystko, tylko nie szanty…

Wiesz. Kiedyś, tak do 1987 myślę, na scenach festiwalowych dominowała ta klasyczna, aż do bólu, pieśń morska – szanty, pieśni kubryku. I wykonywało się je tak jak kanon nakazywał, tradycyjnie, tyle zwrotek, ile było w oryginale. Ktoś słusznie wtedy zauważył, że jeśli się nie wejdzie głębiej w te opowieści, nie zrozumie losów bohaterów, nie wczuje się w sytuacje, w których te pieśni były wykonywane, to ta szanta jest po prostu nudna. Flaki z olejem, bo potrzebne to było tylko do utrzymania tempa prac na pokładzie itp. – no nudy. I w pewnym momencie wykonawcy zaczęli poszukiwać czegoś swojego, dodawać, zmieniać coś od siebie i bardzo dobrze! Zaczęło się bardziej urozmaicać – już może nie szanty, a piosenki żeglarskie, tworzyć własne interpretacje, aranżacje, eksponować własne pomysły, wręcz własną twórczość – Ryśka Muzaja, Jurka Porębskiego – mówię tu o Starych Dzwonach, że szanta owszem, ale nie tylko. Później u innych było sporo produktów własnych – nie zawsze udanych niestety. Często wręcz dawała tu znać o sobie pewna rywalizacja na tym polu. Janusz Sikorski pamiętam, dziennikarz zawodowy, polonista, często rwał włos z głowy jak można coś takiego śpiewać, no ale nikt tego ruchu nie kontrolował, nie zakazywał. Rynek jakby decydował prawda? Ale uważam, że szanty i tradycyjne pieśni znów wracają do łask i teraz kwitną wszystkie kwiaty – tak mi się wydaje. I bardzo dobrze.

Wracając do twoich międzynarodowych doświadczeń. Opowiadałeś o Anglikach, a bywałeś przecież też za Oceanem. Śpiewałeś na festiwalu „Sea Music Festival” w legendarnym Mystic Seaport jako pierwszy Polak. Poznałeś tamtych szantymenów, m.in Geoffa Kaufmana, którego miałeś okazję spotkać potem po latach w Gliwicach na moim festiwalu. Czy są różnice w stylu Wyspiarzy i Amerykanów?

Ja w zasadzie różnic nie widzę. I jedni i drudzy śpiewają klasykę…

A jest jakaś łączność między tymi dwoma światami?

Jest, oczywiście, że jest, bo to co łączy szanty w różnych krajach, to jej przeznaczenie, czyli ułatwienie pracy na pokładzie. A czy to były statki amerykańskie czy brytyjskie, to praca do wykonania zawsze pozostawała taka sama. I tam i tu śpiewało się przy kabestanie, przy fałach, przy pompach, szotach, na rejach i tak dalej. Jedyne co je różniło, to fabuła rzecz jasna, bo teksty szant jak wiemy powstawały na podstawie doświadczeń i historii z życia szantymenów, a te były przecież różne. Stąd powstawało wiele różnych tekstów do tej samej lub bardzo zbliżonej melodii. Ale jak dziś porównuję festiwale w Liverpoolu, Bristolu, Mystic Seaport czy na Florydzie to różnice widzę tylko po stronie organizacyjnej, bo repertuary wykonawców są bardzo podobne. Może tylko Amerykanie więcej uwagi przywiązują do folku, więcej tu grania i śpiewania, melodyjności. Anglicy z kolei są bardziej przywiązani do tradycji, kanonu i tak jak ich dziadowie, ojcowie, jak pieśń miała 30-40 zwrotek, tak oni muszą dziś też je wszystkie zaśpiewać. Amerykanie mają chyba więcej tego luzu.

Z kolei, jeśli chodzi o Mystic Seaport zwłaszcza, dbają tam o takie podziały w samych pieśniach. Jest pieśń wielorybnicza, to śpiewamy wszystko w tym temacie, Anglicy raczej tego nie robią.

Stare Dzwony dla mojego pokolenia i młodszych są od zawsze legendą tej naszej sceny, zespołem kultowym niemalże. Czy wy czuliście to, że jesteście prekursorami, że niesiecie kaganek szantowej oświaty, że jesteście niejako odpowiedzialni za to, w którą stronę ta scena pójdzie i poszła?

Nie. Nikt tego nie planował, nikt nie zabiegał o uznanie. Nigdy. Ja, i wiem, że moi koledzy też, nigdy tak do tego naszego śpiewania i grania nie podchodziliśmy. I to od początku. Raczej to było na zasadzie, ja to teraz tak nazywam, jakbyśmy tańczyli swój taniec, bawiąc się tym bardziej prywatnie, występując dla przyjaciół, robiąc przyjemność innym i sobie. Albo się to komuś podobało, albo nie.

Ale bywaliście jurorami, przecieraliście innym szlaki, wprowadzaliście na scenę przeboje, bywaliście wśród „wielkich” tej sceny, organizowaliście liczne festiwale, nagraliście pierwszą płytę winylową, a nie dawno pierwszą koncertową płytę DVD na tej scenie. No nie czuliście tej… wielkości, wyjątkowości, sławy, że wreszcie to powiem?

Nie. Przecież nikt z nas nie dążył do tego. To się po prostu działo. Do tej pory uważam za uśmiech losu, że dane mi było wtedy spotkać chłopaków. I z tymi, którzy odeszli, jak i z tymi, którzy przyszli po nich, więzy przyjaźni są naprawdę mocne. Oni więcej grają, ja mam z kolei inne działania zawodowe, chociaż muzyka jest mi szalenie bliska i jak jedziemy gdzieś na jakiś koncert to dla mnie jest to kapitalny odpoczynek. Mnie się z nimi dobrze przebywa nie tylko na scenie, ale i poza nią. Jest ten luz, jest takie doładowanie wzajemne energią. I jeszcze raz podkreślę, nikt z nas nie dążył, ani nawet nie przypuszczał, że z takiej prywatnej zabawy powstanie coś takiego jak Stare Dzwony czy nawet poważna scena szantowa. A to, że nazywają nas liderami, mistrzami, legendą, to bardzo miłe i rodzi satysfakcję, ale w niczym nas to nie zmienia.

A twoje odkrycie szantowe, muzyczne. Masz taką szantę ulubioną, „własną”?

Pytałem kiedyś Stana Hugilla o to samo, to też się długo zastanawiał…i w pewnym momencie powiedział, że „Blow the Man Down”. Ja nie mam jakiejś jednej ulubionej, to raczej były takie okresy, że jedna lub druga szanta przypadała mi do gustu.

Chodzi mi bardziej o ten moment odkrycia, poczucia, że oto coś się udało, gdy pada „mam to!”, „to jest to!”…

Może jakiś udany tekst, który udało mi się przetłumaczyć był dla mnie momentem satysfakcji. Tak. Tu było kilka nawet takich momentów, na przykład przy „Lowlands Low”, gdy znalazłem klucz i ta historia sama mnie poniosła. Lubię „Śmiałego harpunnika”, bo to była w ogóle pierwsza pieśń, którą przetłumaczyłem. No i z pewnością, to o czym mówisz pojawiało się, gdy docierałem do źrodła fabuły jakiejś szanty. Zawsze czułem dużą ekscytację, gdy od nazwisk kapitanów, nazw statków, portów, których pełno było w szantach i pieśniach kubryku, docierałem, wertując strony angielskich czy amerykańskich książek, których wiele dostawałem, docierałem do ich prawdziwych historii, poznawałem ich dalsze losy, zgłębiałem marynarski rytuał. Czytając o tym nagle odkrywałem taki świat, który wciągał, który pasjonował. Tymi opowieściami mogłem się potem dzielić ze słuchaczami w audycjach, widzami na koncertach czy czytelnikami w książkach. To odkrywanie marynarskiej prawdy pasjonuje mnie do dzisiaj i widzę, że te moje opowieści są też wciągające dla ludzi, ale też i dla mnie ciekawe przypomnienie.

Co ciekawe, jeśli chodzi o tę szeroko rozumianą kulturę muzyczną ludzi morza czy dawnego pokładu, to jedną z najważniejszych dla mnie rzeczy jeśli chodzi o klasykę szantową czy pieśni kubryku, to to, że jeśli tam jest jakaś fabuła, i o tym piszę, to to było naprawdę. To nie są wymyślone historyjki. I nawet, jak po raz tysięczny śpiewam „Rio Grande”, to wiem, że odtwarzam czas i emocję, jakie towarzyszyły wtedy tamtym ludziom, co mnie wzbogaca, a jeśli widzę, że trafia to też do ludzi, to to jest taka wartość, która trwa i chyba nie zginie. Żyjemy przecież dla emocji.

To opowiedz mi jeszcze o pierwszej polskiej, winylowej płycie z pieśniami morza, którą nagraliście dawno temu. Dla mnie ten krążek to jak legenda o Latającym Holendrze, wszyscy o nim mówią, ale niewielu widziało. Ja jej nie miałem nawet w ręku, bo jest już nie do zdobycia.

Tak. Nakład był mały i dawno się wyczerpał. Nawet ja jej nie miałem, dopiero dostałem od kogoś w prezencie. Kłaniałem się wtedy w pas (śmiech).

Z twoim autografem czy bez?

Nie, nie, nie było tam mojego autografu, za to jest ta okropna okładka, na której wyglądam jak kryminalista (śmiech). To efekt krótkich terminów i braku czasu na sesje fotograficzne, poprawki, itp.

Jak powstawała ta płyta, skąd się wziął pomysł?

Jej nagranie to była propozycja Radomskiego Okręgu Żeglarskiego, a konkretnie od Romka Dąbrowskiego. Myśmy już mieli ten repertuar jakby osadzony, choć jak dziś słucham całości to Jezus Maria (śmiech).

Znów ci się coś na tej płycie nie podoba, teraz wiem, dlaczego jej nie chciałeś (śmiech). Ale przecież, jak pierwszy raz słuchałeś to…

Nie, no to była bomba! Byliśmy dumni i zadowoleni.

No widzisz, i o to chodziło. To wtedy miało być OK, teraz, po latach wiadomo, że można by zrobić to lepiej.

No tak, masz rację.

Czy coś jeszcze ci się na tej płycie nie podoba?

Tak. Początek. Związane jest z tym niefortunne zdarzenie…

Zamieniam się w słuch…

Otóż, gdy już skończyliśmy nagrania wydarzył się nam niezbyt przyjemny wypadek. Może nie powinienem o tym mówić, ale co tam. Otóż, byliśmy po zakończeniach nagrań tak szczęśliwi, podekscytowani, że postanowiliśmy to uczcić. Nie natychmiast i nie doszczętnie, ale jednak trochę się napiliśmy, łącznie z realizatorami. Nie wiedzieliśmy tylko, że jeden z nich nie powinien pić alkoholu w ogóle, nic, a nic, a jednak trochę wypił i to wystarczyło. W trakcie tej celebracji, słuchaliśmy tego materiału cały czas, od nowa i od nowa i nagle, ten realizator tak nieszczęśliwie oparł się o stół mikserski, że skasował początek „Pożegnania Liverpoolu”. Bezpowrotnie! Efekt tego słychać na płycie, tylko mało kto wie, że ten szum morza na początku, to nie zabieg artystyczny, tylko smutna konieczność przykrycia brakującego początku piosenki.

Pamiętam, że wytrzeźwieliśmy natychmiast, bo to zdarzenie, groziło nie tylko nagraniem całego „Liverpoolu” od nowa, ale jakimiś straszniejszymi konsekwencjami, kosztami, Romek był załamany, my też. Masakra! Na szczęście ktoś wpadł na ten pomysł z szumem morza i jakoś nam się udało.

Jurek Wadowski napisał tekst, powstała okładka, z tym moim nieszczęsnym zdjęciem, które z konieczności robiłem na Dworcu Centralnym w Warszawie w takiej kabince do zdjęć natychmiastowych. No i tak to się działo. Dziś wartość archiwalna jest niewątpliwie ogromna.

A masz swoich uczniów? Takich, co przychodzą po koncertach i mówią, że twoja osoba, czy Stare Dzwony, to było to, co sprawiło, że zaczęli śpiewać, grać. Słowem byłeś, jesteś czyimś mentorem? Jak to odbierasz?

Wiesz. Raczej mi się to nie zdarzało. Częściej słyszałem, że moje audycje były dla kogoś ważne, że pamiętają cykl „Kliper siedmiu mórz”, czy inne programy, audycje, że one zmieniły coś w cudzym życiu, poprowadziły na morze, itp.

Szanty szantami, ale ostatnio oddajesz się z wielką energią innej swej pasji – krzewieniu kultury picia rumu. Napisałeś nawet ostatnio książkę, której bohaterem jest rum. Powiedz jak zrodziła się historia Kongregacji WRAK (oby żyła wiecznie)?

Z przyjemnością ci mogę opowiedzieć, bo to bardzo miłe wspomnienia. Gdy zainteresowałem się szantami, to bardzo szybko – to chyba „wina” mojego taty, który pasjonował się historią, czego długo nie mogłem pojąć – pojawił się wątek „wielkie żaglowce”, a więc czysta historia. Najwspanialszy okres historii morza i podróży morskich, a jak wielkie żaglowce, to i historia pracy, ale i czasu wolnego, ceremoniałów, marynarskich tradycji. I tu pojawia się rum. W pierwszej mojej książce „Szanty i szantymeni” ten wątek rumowy był dość rozległy, bo mnie bardzo zaciekawił.

I dokąd Cię zaprowadził?

Na wspomnianych regatach „Columbus”, John Townley, znany już w Polsce szantymen, posturą mniejszy od Muzaja, ale z zadziorną duszą, przyznał mi się do słabości do różnych alkoholi. Czasu już trochę minęło więc chyba mogę to opowiedzieć. Otóż na pokładzie Zawiszy Czarnego, ponieważ to jacht harcerski, nie było alkoholu. I gdy dołączył do nas John, cały czas pytał – co to znaczy, że to jest „dry ship”. Gdy mu wyjaśniliśmy, to on zaproponował byśmy założyli organizację podziemną (śmiech). John już wtedy bywał w Krakowie, więc dobrze się znaliśmy, a co wywołało wówczas ogromne poruszenie, to to, że miał ze sobą – przypominam był rok 1992 – laptopa, pierwszego, którego w życiu zobaczyłem. Wszyscy, łącznie z kapitanem, byliśmy pod wrażeniem, gdy on ten laptop otwierał i zaczynał coś w nim robić.

John pewnego dnia przysiadł za swoim laptopem i napisał statut naszej tajnej organizacji, w starym angielskim stylu. Wymyślił też nazwę… WRECK.

Czyli?

World Rum Evangelical Congregation Cracov! Trudno wymyślić coś bardziej idiotycznego prawda? (śmiech) Według statutu Johna celem Kongregacji było sprawdzanie różnic w smaku między rumami francuskimi, a angielskimi. Tam gdzie była okazja, a okazji było mnóstwo, bo byliśmy przecież na Karaibach, testowaliśmy napitki. Oczywiście bez przesady, bo organizacja była przypomnę podziemna i skutki nie mogły być dla niewtajemniczonych widoczne. To trwało miesiąc, a po powrocie – zdobyłem już komputer, nie taki co prawda jak Johna, ale jednak – John przesłał mi wszystko to, co napisał i to sobie żyło w moim komputerze życiem utajonym przez lat może osiem.

A cóż to spowodowało, że życie WRECK’a przestało być utajone?

Kolejny rejs Zawiszą. Już wtedy miałem swojego laptopa. Z nudów zacząłem przeglądać pliki i – proszę, proszę – znalazłem plik „WRECK”. Pomyślałem, że może to przetłumaczę na polski. I wtedy, na tym rejsie nakreśliłem pierwszy projekt statutu, pierwsze działania. Wtedy wymyśliliśmy sobie, choć brzmi to paradoksalnie i śmiesznie, że celem Kongregacji może być walka z alkoholizmem, poprzez odejście od nadmiaru picia wódy, piwa i typowego ochlaju, na rzecz smakowania. Rum bowiem, i to prawda klasyczna, jest podstawą do najsmakowitszych koktajli na świecie. Żaden inny alkohol tak się do tego nie nadaje. No i rzuciliśmy hasło szerszemu ogółowi, wymyśliliśmy dyplomy, legitymacje. Wszystko było nieformalne, na zasadzie zabawy, nic na siłę. I tak z roku na rok sobie rosło. Pojawiały się nowe pomysły – Andrzej Korycki na przykład stworzył chyba nieformalny hymn Kongregacji, czyli „Rum i coca-cola”. Było fajnie…

Ale czasy luzu się skończyły, przyszedł moment formalizacji?

Gdy doliczyliśmy się ponad tysiąca członków, to zrozumieliśmy, że zabawa, zabawą, ale tu nam się nagle stworzyło coś poważnego. Dwa, może trzy lata temu, zaczęliśmy się zastanawiać, czy może jednak Kongregacji nie sformalizować i nie powołać stowarzyszenia. Efekt jest taki, że dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, lub uporowi niektórych, w dniu celebracji moich siedemdziesiątych urodzin, wylądował przede mną dokument rejestracyjny, w którym czytamy, że powołano Stowarzyszenie Miłośników Krzewienia Kultury Picia Rumu „Wrak”. Pozostał dawny cel, czyli walka z alkoholizmem, bo jakość, a nie ilość i pozostał symbol, który wymyślił jeszcze John Townley – przełamany na pół wrak z butelką rumu pośrodku. Jednym z nowych sloganów Kongregacji jest „Picie nie zwalnia cię od myślenia”, czyli pijesz, ale myśl nie tylko o sobie – mniej egoizmu, więcej empatii; przełamuj się, walcz ze słabościami, alkohol to nie lek na twoje problemy.

Czy Kongregacja może nieść też wsparcie dla muzyki morza, promować ją?

W jakim sensie?

Czy poprzez imprezy rumowe, targi, wystawy ta muzyka może dotrzeć do innych odbiorców, niż żeglarze, czy może wejść na te imprezy, może być tam prezentowana?

Oczywiście tak.

Myślę, że warto, bo coraz mniej jej wśród samych żeglarzy. Mam wrażenie, że piosenka żeglarska oddala się od tego świata żeglarskiego, o szantach już nie mówiąc.

Dlaczego tak twierdzisz?

Coraz więcej ludzi żegluje, a widzów na koncertach masowo nie przybywa,  przynajmniej tych młodych. W ostatnich latach na wielu żeglarskich imprezach, na których grywałem ogólnie znane piosenki, niewielu już przyłączało się do śpiewania. Młodzi praktycznie wcale. Coraz krótsze są też kursy żeglarskie i nie ma tam już czasu na wspólne śpiewanie, uczenie się piosenek…

To prawda. Ubolewam nad tym, ale to chyba już znak naszych czasów, że ludzie wolą słuchać muzyki na słuchawkach, niż ją uprawiać, że wolą oglądać filmy akcji, zamiast sami organizować wyprawy, że poświęcają czas na seriale, śledzą z zaangażowaniem cudze sprawy, zamiast zająć się własnym życiem.

Stąd moje pytanie, czy ta historia z rumem, może być takim katalizatorem, który sprawi, że muzyka morza, ta tradycyjna, dawnych pokładów, odżyje znów w innym środowisku?

Tego do końca dziś nie wiemy, bo samo środowisko rumowe to świeża u nas sprawa. Targi, które się odbywają mają za sobą dopiero kilka edycji, ale na pewno we WRAK-u, może nie obowiązek, ale miły obyczaj może być też taki, że spotykamy się też by pośpiewać. Przyjemność możemy znajdywać też w tym, by naszą muzykę w tym gronie propagować. Zrobiłem jakiś początek, śpiewałem, opowiadałem rumowe historie w oparciu o ilustrację muzyczną na bazie pieśni morskich w różnych miejscach, wśród różnych ludzi. Czy coś z tego wyniknie, zobaczymy.

A twoje plany, marzenia, pomysły na najbliższy czas?

Sam o sobie mówię, że mam już swoje lata, a ponieważ bardzo wiele rzeczy zacząłem i jeszcze nie udało mi się ich skończyć, więc chciałbym najbliższy czas poświęcić na coś, co ja nazywam „podciągnięciem tyłów”. Mam już prawie na ukończeniu trzy książki zawodowe, chodzi o trening pamięci. Mam prawie ukończoną drugą część książki „Razem bracia do lin”, czyli takiego almanachu żeglarskiego. Praca w radiu sprawiła, że mam ponad 600 audycji cyklu „Razem bracia do lin” i coś z tym chcę zrobić. Były próby ich udostępnienia, ale szybko się kończyły i myślę teraz, by może założyć własne radio szantowe, żeglarskie. Nie jest to dziś wielkim problemem, a ja, kiedy będę miał więcej teraz czasu mogę się tym zająć, bo bardzo mi zależy, by nie zmarnować tego wielkiego potencjału, tej wiedzy, tych opowieści, które tam się znalazły.

Na koniec doradź, poleć kogo młodzi mają słuchać, by mogli załapać bakcyla, by mogli zrozumieć czym szanty są, a czym nie są, czym jest współczesna piosenka żeglarska, a czym dawne pieśni kubryku?

Nie będę odkrywczy, niech słuchają tych, bardzo dobrych zespołów, które w Polsce mamy. Nieskromnie może, ale muszę o tym powiedzieć – Stare Dzwony, Mechanicy Shanty, Ryczące Dwudziestki, Atlantyda, no i jeśli chodzi o klasykę repertuarową i brzmieniową Cztery Refy, wraz z odnogami North Wind i Flash Creep – proszę bardzo.

A któraś z młodszych grup wpadła ci w ucho ostatnio?

Niestety, wiem, że takich grup jest sporo, ale nie potrafię kogoś polecić, bo rzadko mam czas, ze względu na różne obowiązki, czy wręcz zmęczenie, by posłuchać całych koncertów na festiwalach. Przyznam, że twoich Sąsiadów posłuchałem dłużej dopiero dwa lata temu, gdy przyjechaliście do mnie i teraz Sąsiadów mogę już polecić, tak.

Pięknie dziękuję w imieniu zespołu. A klasycy gatunku, twoi mistrzowie?

Stormalong John – przez wiele lat wywoływali u mnie dreszcze. John Townley oczywiście. Mary Malloy i Stewart Frank, w duecie przepięknie śpiewali pieśni wielorybnicze. Bob Web, też głównie pieśni wielorybnicze. Nazywany przez nas „amerykańskim pająkiem”, ze względu na sylwetkę, ale świetnie opowiadał i świetnie śpiewał – Bob Walser. Z zespołów był jeszcze Bristol Shantyman. I mówię tu cały czas o wykonawcach, na których ja się w jakimś sensie wychowałem czy wzorowałem.

Do Krakowa przyjeżdżają ostatnio znów ciekawi wykonawcy, Norwegowie czy Holendrzy, którzy widać i słychać, że wiedzą o co w tych szantach chodzi, bo potrafią huknąć tak, że z miejsca porywają publiczność.

Do zobaczenia zatem w Krakowie, Wrocławiu i na innych festiwalach. Dziękuję bardzo za rozmowę

Dziękuję i zapraszam na moją stronę marekszurawski.pl

 

*)

„A wiatr na wantach melodię gra” reż. Andrzej Radomiński, Polska, 1985 r.

Marynarskie pieśni pracy - szanty. Poetycka opowieść o historii jedynej w swoim rodzaju subkultury pieśni morskich oraz ich prezentacja w wykonaniu jednego z najstarszych i najlepszych polskich zespołów szantowych – „Stare Dzwony". Wyróżnienie na Festiwalu Filmów Morskich w Szczecinie (1987). Nagroda Dziennikarzy na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Morskich w La Rochelle (Francja, 1987 )

 

 

 

 

 

 

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Twoje konto

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy
Bądź na bieżąco, zapisz się na powiadomienia o nowych artykułach: