Do Bay City znów przypłynęły żaglowce

The Tall Ships Celebration & International Maritime Music Festival nad Wielkimi  Jeziorami
Relacje Kamil Piotrowski 14 marca 2020
The Tall Ship Celebration 2020 w Bay City Fot. Kamil Piotr Piotrowski
Czas walki z wirusem i ograniczanie podróży sprzyja nadrabianiu zaległości w relacjach. Zapraszam zatem do wspominek z wakacyjnej Sąsiadów wizyty za oceanem. Ameryka znów okazała się przyjazna i gościnna. Wpadliśmy nad Niagarę, pospacerowaliśmy po Detroit, zrobiliśmy zakupy w Toronto. Niewiele? No ale jak się leci do Ameryki tylko na przedłużony weekend...

W ubiegłym roku po raz drugi z Sąsiadami otrzymaliśmy zaproszenie na zlot wielkich żaglowców „The Tall Ship Celebration” w Bay City, nad Wielkimi Jeziorami.

Tym razem podróżowaliśmy przez Kanadę, co okazało się o tyle korzystne, iż mogliśmy po drodze odwiedzić słynną Niagarę i nie mniej już słynnego miejskiego bankruta – Detroit. Jak to u Sąsiadów zwykle bywa na początku każdej podróży następuje trzęsienie ziemi, a później akcja się rozwija...

Gdzie jest samochód???

Tuż po wylądowaniu na krajowym lotnisku w Toronto okazało się, że nasza wypożyczalnia jest na innym lotnisku... Na szczęście, zawsze w takich sytuacjach zjawia się pomocna dłoń, tym razem w osobie strażniczki ochrony, którą okazała się być Polka – Dorota. Poinstruowała, zaprowadziła i część z nas ruszyła po nasz dyliżans. Jak się okazało, ta podróż nie miała być ani krótka, ani łatwa. Korki w Toronto były ogromne. Dwudziestominutowa podróż zamieniła się w ponad godzinną walkę o dotarcie do celu. Na dodatek, źle nas jednak Dorotka pokierowała i nasi zwiadowcy, dotarli najpierw na złe lotnisko (jakby nie można było mieć jednego w jednym mieście). Tym, którzy pozostali na lotnisku pozostało tylko zabijać jakoś czas. A to podziwialiśmy z okien restauracji przepływający obok żaglowiec, a to z nudów, rozpętaliśmy niemal potańcówkę w poczekalni lotniska „tylko sobie grając”. Na szczęście kawa była tam pyszna, a Kanada... nawet z perspektywy poczekalni „cudna jest!” :)

W Bay City po dziewięciu latach

W 2019 roku do Bay City, miasteczka nad rzeką Saginaw, na Festiwal International Maritime Music, który towarzyszy zlotowi żaglowców The Tall Ships Celebration, zaproszono osiem zespołów, w tym dwa z Polski – były to grupy Sąsiedzi (Górny Śląsk) i Za Horyzontem (Dolny Śląsk). O dziwo, w drodze do USA udało nam się wpaść na siebie przypadkiem na lotnisku we Frankfurcie, mimo że to ogromna powierzchnia, a i czasu tam mieliśmy niewiele. „Góra z górą” – jak mawiają. Dla nich to też była już druga wizyta w Bay City. Poza wymienionymi, gościły tu jeszcze w latach minionych zespoły Pod Wiatr, Banana Boat oraz Cztery Refy. Ci ostatni sporo przed naszym pierwszym pobytem.

Samo Bay City okazało się spokojniejsze, niż je pamiętałem z wizyty dziewięć lat temu, ale nadal tak samo urocze i nadal z tym amerykańskim klimatem małych miasteczek, znanym mi dotąd z filmów. Tylko cudownego pubu Steinhaus, który poprzednio gościł nas każdej nocy brakowało, oj brakowało.

Akcja Matrixa z naszym samochodem nie była ostatnia. Na początku pobytu w Bay City otrzymaliśmy wiadomość, iż niestety nie dotrą nasi przyjaciele z Belgii, nad czym ubolewaliśmy, gdyż to właśnie tu się poznaliśmy i do teraz tworzymy niezłą kompanię. Pocieszeniem była myśl, że odwiedzimy ich w drodze do Paimpol. Mowa o 3 Sheets 2 the Winds, których poznali już także goście festiwali „Nad Kanałem” w Gliwicach i „Kopyść” w Białymstoku.

Nie dane nam było

Jak to zwykle bywa – nie było szans by wysłuchać spokojnie wszystkich na koncertach festiwalowych (ani obejrzeć żaglowców), ale to, czego nie dało się zrobić w ciągu dnia, nadrabialiśmy wieczorami podczas koncertów w ramach Ballads & Brews (taki odpowiednik naszego afterfestivalparty). Z braku pubu Steinhaus, który zamknął się parę lat temu, i chyba innej alternatywy w pobliżu festiwalu, spotkania tym razem odbywały się w wielkim, festiwalowym namiocie.

I tak amerykańskie Bocca Musica i Roane wypadły z ogniem i werwą (zwłaszcza wersja piosenki „Madam I'm a Darling” tych drugich zwróciła naszą uwagę, bo jak wiecie mamy ją też w repertuarze).

Niespodzianką był także występ z Roane naszego przyjaciela, Bruce'a Macartney’a – dawno niewidzianego skrzypka z tria The Hoolie (poznaliśmy ich w Appingedam ponad 10 lat temu). Jak się później okazało było to nasze ostatnie spotkanie z Buce’m. Chorował poważnie od dłuższego czasu i jak pisali nam później przyjaciele Bruce'a, mimo, iż był już bardzo słaby, zmobilizował się i dotarł do Bay City, by ten ostatni raz z nami i resztą przyjaciół wystąpić i pośpiewać. Zmarł kilka tygodni później…

Innym muzykiem tria, spotkanym w Bay City była Kathy Morris. W tym roku jednak pojawiła się już z grupą GlennCora, która w ciekawy sposób interpretowała nie tylko dawne amerykańskie pieśni morza, ale i muzykę irlandzką (z dudami w składzie!). Jeden utwór wpadł nam szczególnie w ucho, szykujemy naszą wersję.

Poza tym wsłuchiwaliśmy się też w ciekawe brzmienie głosów żeńskiego kwartetu z Anglii – The Norfolk Broads, (polecam gorąco zwłaszcza miłośnikom śpiewu a cappella, pięknie dziewczyny to robią).

Doskonale bawiliśmy się przy rockowym brzmieniu Toma Masona i the Blue Buccaneers, ale prawdziwym objawieniem okazali się panowie z El Pony Pisador (z Barcelony). Spotkaliśmy ich już wcześniej w Holandii, ale dopiero w Bay City mieliśmy okazję poznać ich bliżej i dłużej posłuchać. Od razu przypadliśmy sobie do gustu.

A czas sobie płynie…

W porównaniu do naszej pierwszej wizyty w 2010 r. tym razem impreza była o wiele, wiele skromniejsza. Tylko dwie sceny (wtedy kilka), mniej zespołów (wówczas blisko 20) i mniej stoisk z dobrami wszelakimi oraz brak spektakularnego wydarzenia (jakim 9 lat temu był np. koncert Alice Cooper). To, i z pewnością pogoda, która w tym roku dała się wszystkim we znaki, sprawiło, że i odwiedzających było znacząco mniej, niż poprzednio. A o pogodzie warto wspomnieć, gdyż pierwszego dnia wymęczył wszystkich niesamowity upał, ponoć niespotykany tu od dziesiątek lat. Drugiego dnia z kolei przerwano imprezę ze względu na nadchodzącą burzę (a burze są tam porządne, choć powoli i nasz klimat nadrabia dystans do Ameryki). Zamknięto teren festiwalu i kazano widzom udać się w bezpieczne miejsce. Mieliśmy deja vu – poprzednio burza przerwała nam koncert.

Koncerty festiwalowe odbywały się po wschodniej (Wenonah Park) i zachodniej (Veterans Memorial Park) stronie rzeki Saginaw, która dzieli miasto na dwie części. Wykonawcy, na zmianę występowali to na jednej, to na drugiej scenie, dwa razy w ciągu dnia. Wieczorami spotykaliśmy się na wspomnianym „Ballads & Brews”.

Podczas „Ballads & Brews” mieliśmy i my swoje koncerty. I w tym momencie nie można pominąć najważniejszego członka, założyciela The Hoolie – Jerry'ego Casault, dyrektora muzycznego festiwalu i naszego gospodarza. Pierwszego dnia afterfestiwalowego spotkania zaprosiliśmy Jerry'ego do wspólnego zaśpiewania jego piosenki „Load'em and steck'em”, którą Marek Wikliński dawno temu przetłumaczył i jako „Japoński frachtowiec” czasami ją śpiewamy (zwłaszcza, gdy możemy wykonać ją z Jerrym i resztą The Hoolie).

Takie wspólne występy to największe smaczki festiwalowych, i nie tylko, koncertów. To clue tych wydarzeń. Tak nawiązują się późniejsze wieloletnie przyjaźnie, nie ma znaczenia, że trwają czasem na sporą odległość, ważne, że gdy tylko jest okazja, podtrzymywane są właśnie przy okazji wspólnych występów. Tak jak w naszym przypadku.

Trzeciego dnia przypadło nam zagrać na obu festiwalowych scenach. Pogoda była tym razem idealna, bez upału, z wietrzykiem od rzeki, więc grało się fantastycznie. Choć pierwszy koncert wypadł o 10:00 rano, co oznaczało granie dla największych twardzieli (miodzio!), za to nasz ostatni koncert w Bay City – naszym nieobiektywnym zdaniem – wypadł nam najlepiej ze wszystkich, przy wypełnionym po brzegi namiocie.

Czy Mieszko tu mieszka?

Co jeszcze uderzyło mnie w porównaniu z poprzednim pobytem, to zecydowanie mniejsza liczba osób przyznających się do polskiego pochodzenia lub wręcz Polaków (z ostatnich lat emigracji), z którymi mieliśmy okazję porozmawiać po, czy przed koncertami. Dziesięć lat temu takich rozmów były dziesiątki. W tym roku było ich znacząco mniej, ale kilka ciekawych się zdarzyło, i jedna duża niespodzianka! Otóż na jednym z naszych koncertów ujawnił się wraz z rodziną, żegnany przeze mnie osobiście na ostatnim jego koncercie w Poznaniu – Mieszko Osiewicz. Cóż za spotkanie po latach!!! A mówi się, że Stany takie wielkie... pozdrowienia od Mieszka dla poznaniaków i szantyfanów w Polsce niniejszym przekazuję.

Tym razem jakoś tak szybko poszło

Mimo, iż jak pisałem, w tym roku było jakoś spokojniej na festiwalu, niby było więcej czasu, ale tylko pozornie. Odległość między scenami sprawiała, że praktycznie przebywaliśmy cały czas na terenie festiwalu i nie udało nam się za wiele pozwiedzać i mam spory niedosyt szwędania się po Bay City. Żal było wracać tak od razu, gdy wszyscy szykowali się na poniedziałkowe, pożegnalne party u Jerry’ego, ale czekał na nas pub Drom Taberna w Toronto, więc w poniedziałek rano, nie zwlekając, ruszyliśmy w powrotną drogę.

a w Toronto jak w Polsce

Od samego początku przygotowań do naszej amerykańskiej eskapady wspierał nas z Toronto nasz fan i przyjaciel z krakowskiego Starego Portu Bartek (dziękujemy!). Dzięki niemu czuliśmy się jak w domu, stres nowego kraju nie był tak dotkliwy. To wrażenie jeszcze wzmocniła wizyta w pubie Drom Taberna.

Luuuudzie!!! Co to za cudowne miejsce! A jakie jedzenie! Zaskoczyli nas wszystkim. Oto na progu witał nas właściciel, hinduskiego pochodzenia... po polsku! Na ścianach polskie plakaty filmowe, teatralne, kulturalne (sporo rodem z... Wrocławia! Za Horyzontem podobało by się Wam!). Czad!!! Szybko okazało się, że żoną Shameza Amlani, bo to on nas witał, i współwłaścicielką pubu jest Marysia, pochodząca ze stolicy Dolnego Śląska! – i wszystko się wyjaśniło.

Koncert udał się nadwyraz. Klimat, nastrój, publiczność – miodzio! I ugoszczono nas tam wyśmienicie. Ucieszyła nas bardzo obecność na sali naszego starszego kolegi ze sceny – Arka Wlizło, który mieszka niedaleko Toronto. Ale największą niespodziankę sprawili nam chłopaki z El Pony Pisador, którzy jak się okazało, byli też w Toronto i wpadli na nasz koncert. I znów góra z górą! Nie mogło się obyć bez wspólnego odśpiewania choć jednej szanty! Przepiękny wieczór, przepiękni ludzie. Dwa sety zleciały jak z bicza strzelił, a afterek, rozkręcony przez naszego Dawida, gdzie cała knajpa śpiewała z nim hity Queen, będzie tam długo pamiętany.

Po naszym koncercie odbyła się jeszcze tradycyjna tutejsza balfolkowa potańcówka, a zespół „jamm’ujący”, złożony z muzykujących od czasu do czasu wspólnie osób zrobił na nas niesamowite wrażenie. Grali przefantastycznie! Niektórzy z nas ruszyli w tany, a Marek w tym czasie testował lirę korbową!

We wtorek jeszcze krótki spacer po Downtown, szybkie zakupy i droga na lotnisko i znów korki, i walka z czasem, bo z 30 min trasy zrobiło się niemal 2h. Zdążyliśmy na styk.

Wszyscy wrócili szczęśliwie, tylko mój bagaż nie (dlaczego to zawsze jestem ja?). Krótka to była wizyta (17-23.07.2019), ale niesamowicie intensywna. Mamy nadzieję, ża będzie nam dane odwiedzić, zwłaszcza Kanadę jeszcze raz i nie po dziewięciu latach.

Wszystkim, którzy nam pomogli, zaprosili, zwłaszcza: Jerry'emu Casault, Shirley Roberts, rodzinom, które nas gościły (Paul Bachleda, Amy i Ian Eady), Bartkowi – jeszcze raz za pomoc wszelaką oraz całej załodze The Tall Ship Celebration i Drom Taberna – WIELKIE DZIĘKI za wszystko.

A Wam, jeśli tylko Was wiatry zaniosą w okolice, polecam Bay City i Drom Tabernę w Toronto.

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy
Bądź na bieżąco, zapisz się na powiadomienia o nowych artykułach: