Kubryk - znów się udało • Festiwal "Kubryk" w Łodzi

Kubryk - znów się udało

34 Łódzkie Spotkania z Piosenką Żeglarską „Kubryk”
Relacje Kamil Piotrowski 30 czerwca 2018
34 Łódzkie Spotkania z Piosenką Żeglarską "Kubryk" Fot. Basia Wójcik

Dwa dni śpiewania w klimatach, które lubię najbardziej. Dwa dni grania dźwięków, które mi najbardziej współgrają. Dwie noce rozmów na tematy ważne i błahe, kończących się bladym świtem. Dwie doby w towarzystwie, z którym najchętniej bym się nie rozstawał. Czyli o tym, jak było na „Kubryku”, festiwalu innym, niż większość, bo naprawdę szantowym.

Znów się udało, choć jak to ostatnio bywa, łatwo nie było. Ale tym razem postanowiłem być od początku do końca – i byłem. Łódzkie Spotkania z Piosenką Żeglarską „Kubryk”, to festiwal, który ma klimat, nawet jeśli kolejne edycje już tak muzycznie nie zaskakują jak kiedyś, to nadal jest tak, jak lubię.

Dwie inauguracje

Rok temu wprowadzono w Łodzi ciekawy patent, a mianowicie festiwal inaugurowany jest w piątek w dwóch tawernach jednocześnie. Tradycyjnie w starym dobrym pubie „Keja” oraz w nowym, bo ledwie ponad rocznym pubie Stara Szkutnia. Czy to dobre rozwiązanie - jeszcze nie do końca wiem - słyszałem głosy „za”, słyszałem i „przeciw”.

Ponieważ „Keję” znam doskonale, postanowiłem zainaugurować 34 „Kubryk” w Szkutni. Taki wybór sprawił, że ominął mnie tego wieczoru koncert Flash Creep, bo była to jedyna ekipa, która do Szkutni nie dotarła, ale coś za coś.

Pub, a właściwie tawerna Stara Szkutnia, choć mała, jest dość przestronna, z wystrojem iście pod marynarską i żeglarską nutę – prezentowała się zachęcająco. Akustycznie łatwo nie było, choć akustyk robił co mógł (a mógł niewiele), w miarę dobrze słyszałem tylko kilka metrów od sceny, im dalej, tym gorzej. Zespoły występujące w Szkutni: gospodarze Cztery Refy oraz Gumowe Szekle, North Wind i Old Marinners zrobiły swoje.

Cztery Refy na otwarcie huknęli stare hiciory i pobiegli do Kei. Bardzo lubię Mistrzów, lubię klimat jaki tworzą, zwłaszcza w tawernach, gdzie jest trochę więcej luzu, gdzie stare morskie pieśni można ponucić nad kuflem piwa, gdzie opowieści snute przez obu Jurków, Maćka czy Zbyszka nabierają innego wymiaru. Było z zadumą, było z humorem - jak to u Refów. Nikt tak już w Polsce nie śpiewa.

No, prawie nikt. Ten sam klimat bowiem, choć nieco inny repertuar, buduje zespół North Wind – druga ze sztandarowych dziś marek na naszej scenie tradycyjnego folku morskiego. Tego wieczoru o tyle przeze mnie wyczekiwana, że znów z Jackiem Apanasewiczem (jednym z ojców założycieli) na pokładzie. Nie zawiodłem się, bo pociągnęli i stare ich „hity”, ale zaskoczyli też nowinkami. Jak dla mnie po Refach i NW nasza scena tradycyjnego folku morskiego nie ma zbyt wiele do zaoferowania – wśród młodych grup takich klimatów jak na lekarstwo, a właściwie wcale.

Jedna jaskółka na Kubryku wiosny nie czyni wszak, a mowa tu o ostatnim wykonawcy tego wieczoru, Old Marinners, która to grupa nieśmiało jeszcze, acz eksploruje tradycyjne źródła, choć dominuje u nich jeszcze piosenka i granie folkowe (więcej o ich muzyce i debiutanckiej płycie tutaj).

Druga „młodsza” ekipa (i druga w programie tego wieczoru) Gumowe Szekle – podczas swojego występu rozkręciła zabawę i Szkutnię. Fajna piosenka, energia, dużo grania ale przed nimi jeszcze trochę pracy, głównie aranżacyjnej (choć to weterani jak się okazuje, bo część ekipy biegała już po scenach szantowych, gdy ja „szantowe mleko” spod nosa jeszcze wycierałem). Tego wieczoru moją uwagę przykuła sekcja rytmiczna, mimo skromnego arsenału perkusista – niesamowicie zaangażowany – z basistą cuda wygrywali - prosto, a ciekawie...

Nocne pogaduchy i śpiewy, jak to na Kubryku, trwały dłuuugo…

Od folku do... tradycji

Dzień drugi to dwa koncerty w Łódzkim Domu Kultury. Pierwszy pt. „Już wypływa statek w morze”, z założenia bardziej folkowy, zapełnili: Cztery Refy, Flash Creep, Perły i Łotry, Sąsiedzi, Andrzej Korycki i Dominika Żukowska, a przebiegał on pod hasłem premiery płyty „W kieszeni dolar” Sąsiadów. Drugi – zatytułowany „Kiedy z morza wraca Jack” był dedykowany szancie i dawnym morskim nutom, choć nie do końca. Tu z kolei wystąpili: Gumowe Szekle (trochę mi tu nie pasowali programowo), North Wind, Perły i Łotry, Sąsiedzi (wreszcie w pełnym składzie na Kubryku od lat!) i Cztery Refy. Ci ostatni z gościem specjalnym, jednym z byłych członków – Krzysztofem Kuzą (przyleciał specjalnie zza oceanu). Jako, że jest on, obok Jerzego Rogackiego, także współautorem tłumaczenia „Pożegnania Liverpoolu” (sic!), miałem niesamowitą przyjemność i niespotykaną okazję odśpiewania tej pieśni, kończącej dziś niemal każdy festiwal w Polsce, także Kubryk, w towarzystwie obu autorów polskich słów. Smaczek!

Koncerty

Kto nie był (a publiczności niestety mniej, niż dwa lata temu, rok temu mnie nie było), niech żałuje, bo każda z ekip dała z siebie wszystko, a warunki, jak to w ŁDK do grania, i słuchania przede wszystkim, przednie. Nostalgicznie i balladowo, ale i z pazurem jak zawsze Flash Creep i Andrzej z Dominiką. Blisko tradycji, folku - o czym wyżej - Cztery Refy i North Wind i podobnie, jak w pubie - bardziej pod nóżkę - Gumowe Szekle. O Sąsiadach pisać trudno - powiem tylko, że występy na Kubryku to dla nas zawsze ogromna przyjemność i dajemy z siebie wszystko (3 głosów zabrakło nam by i w tym roku zdobyć Nagrodę Publiczności - więc chyba się podobało).

Perły znów Perłami

I zgadzam się w pełni z werdyktem łódzkiej publiczności, która swoją Nagrodę przyznała Perłom i Łotrom, bo ich koncerty były najlepszymi tej edycji festiwalu. Były i szanty i pieśni kubryku, była dobra konferansjerka i świetny kontakt z publicznością, był pazur i zabawa na scenie. Niemal namacalnie czuć było tę radość ze wspólnego śpiewania. Dodam, że ziomali ze Śląska słyszałem pierwszy raz w nowym składzie – przypomnę, że nie ma już Michała Palki i Michała Smolińskiego, są za to Adam Nawrot (bytomskie Happy Crew, a ostatnio też Brasy) oraz Irek Herisz (kiedyś bytomski Segars, a dziś… Brasy). Moc była, laury zasłużone.

Na koniec

Sobotnie koncerty prowadzili Maciek Jędrzejko i legendarny już konferansjer Kubryku, człowiek związany z festiwalem od początku - Andrzej Śmigielski, bez którego Kubryk to byłby już inny festiwal.

Afterek – tym razem w Kei - i znów śpiewanki i pogaduchy, choć już nie do białego rana (dokończyliśmy w hotelu :) ). I znów w południe trzeba było z żalem żegnać się z przyjaciółmi, pakować bagaże i ruszać w drogę powrotną, z nadzieją, że za rok znowu się uda…

 

34 Łódzkie Spotkania z Piosenką Żeglarską „Kubryk”, 18-19.05.2018, Łódź
Serwis szanty24.pl był patronem medialnym wydarzenia

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Twoje konto

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy
Bądź na bieżąco, zapisz się na powiadomienia o nowych artykułach: