Ta czwórka z Bristolu wie, jak podsycić ogień

„Cures What Ails Ya” – płyta The Longest Johns
Recenzje Katarzyna Marcinkowska 14 sierpnia 2020
The Longest Johns Fot. Press / The Longest Johns
„Wy oddawajcie cześć popiołom, ja wolę podsycać ognień” – tak w wolnym tłumaczeniu brzmi refren „Ashes”, piosenki, którą można chyba potraktować jako swego rodzaju manifest programowy znanego już u nas angielskiego zespołu The Longest Johns. Jeśli folk – ten morski i nie tylko – jest ogniem, to panowie z pewnością potrafią zadbać o to, by nie zabrakło opału.

Najnowsza płyta zespołu doskonale łączy materiał należący już niemal do kanonu z własnymi kompozycjami chłopaków, pokazując, jak świetnie można bawić się tradycją.

Tradycja ciągle żywa

Album „Cures What Ails Ya”, będący już trzecim wydawnictwem The Longest Johns, ukazał się 10 czerwca 2020 roku, a już 11 czerwca podbił moje serce. Płyta składa się mniej więcej w połowie z materiału oryginalnego i w połowie z piosenek tradycyjnych we własnych aranżach chłopaków. Zacznijmy może od tych drugich. Już niemal na początku pojawia się „Bonny Ship the Diamond”. I choć obawiałam się, że niczym już mnie nie zaskoczy – w końcu utwór ten jest u nas bardzo często wykonywany w świetnym przekładzie Marka Szurawskiego – to jednak odświeżona wersja The Longest Johns bardzo przypadła mi do gustu i naprawdę chętnie do niej wracam. Panowie potrafią wykonać materiał tradycyjny po swojemu, a ich charakterystyczny styl sprawia, że odkrywanie nawet znanych kawałków w ich wykonaniu jest interesujące. Poza wyżej wspomnianym usłyszymy tu też dwa utwory irlandzkie: romantyczną balladę „The Banks of The Lee” i piękną piosenkę pożegnalną „Here's a Health to the Company”, a także „Oak & Ash & Thorn” z muzyką Petera Bellamy’ego do słów samego Rudyarda Kiplinga (tak, tego od „Księgi dżungli”). Ta ostatnia pozostaje chyba moją ulubioną z materiału nieautorskiego na „Cures What Ails Ya”. Choć o miejsce na podium walczy też „The Last Bristolian Pirate” – przezabawna satyryczna piosenka będąca dostosowaną do angielskich realiów przeróbką „The Last Saskatchewan Pirate” kanadyjskiego zespołu Arrogant Worms. W tym kawałku The Longest Johns bardzo przypominają mi zresztą moje ukochane folkowe trio Coope Boyes & Simpson, które niestety zakończyło już karierę, tym bardziej cieszy mnie więc, że chłopaki z Bristolu kontynuują ich tradycję.

Bonny Ship the Diamond

Jak śpiewać, to o czymś

Czwórka z Bristolu czaruje nas jednak nie tylko kanonem, lecz przede wszystkim własnymi kompozycjami – oryginalnymi, interesującymi, z tekstami, które potrafią zarówno rozbawić, jak i wzruszyć. A to wszystko świetnie zaśpiewane i na długo pozostające w głowie słuchacza. Mamy tu na przykład energetyczną piosenkę „Round the Cape” oraz wykonywaną a capella „Four Hours”, która świetnie udaje materiał tradycyjny. The Longest Johns mają przepiękne głosy i równie cudną harmonię w brzmieniu, ale nawet najpiękniejsze wykonanie to nie wszystko – ważny jest też tekst. Muszę przyznać, że warunek ten utwory oryginalne z „Cures What Ails Ya” spełniają znakomicie. Obok wspomnianej wyżej „Ashes” oraz genialnych piosenek humorystycznych moją uwagę szczególnie przykuwa tu „Fire & Flame”. Utwór ten upamiętnia tragedię z 1917 roku, kiedy w porcie Halifax w Nowej Szkocji zderzyły się dwa statki, z których jeden wyładowany był materiałami wybuchowymi. Eksplozja zniszczyła sporą część miasta, zabijając dwa tysiące osób – siła wybuchu była tak duża, że kotwica jednej z jednostek wylądowała aż 3,2 km od miejsca wybuchu. Opowiadający o tych wydarzeniach tekst „Fire & Flame” – interesujący i wyraźnie zakorzeniony w folkowej tradycji – jest do tego przepięknie, poruszająco wykonany. Nadal mam dreszcze podczas słuchania.

Fire and Flame

Strzeżcie się... kaczki!

Jednym z powodów, które sprawiły, że pokochaliśmy tych zwariowanych Anglików, jest też bez wątpienia ich charakterystyczne poczucie humoru. Nic więc dziwnego, że na płycie mamy kilka piosenek, które przyprawiają mnie o dziki chichot nawet teraz, po kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu przesłuchaniach. Niezwykle zabawny jest już utwór, który otwiera album, zatytułowany „Hoist up the Thing” i przedstawiający historię młodego kapitana z przypadku, który bardzo chce udawać, że wie, co robi, ale któremu – rzecz oczywista – w ogóle to nie wychodzi. Komizm tej piosenki nie polega zresztą na samej tylko opowiastce, ale też na jej swego rodzaju uniwersalizmie. Zwłaszcza słowa z ostatniego wersu refrenu: „Trust me, I’m in control” (czyli „Zaufaj mi, mam wszystko pod kontrolą”) z pewnością wszyscy słyszeliśmy w naszym życiu dość razy, by wiedzieć, że osobie wypowiadającej podobne zapewnienia z zasady ufać nie należy. Równie wesoła jest piosenka „Got No Beard”, wymieniająca atrybuty niezbędne do tego, by móc śpiewać szanty. Jednak moim ulubionym z utworów humorystycznych na nowym albumie jest bez wątpienia „Moby Duck”. Tak, tak, nie przywidziało wam się – biały wieloryb z powieści Hermana Melville’a został tu zastąpiony ogromną, krwiożerczą… kaczką. Absurdalność tego tekstu, połączona z cudnie stylizowanym językiem, odpowiednio zagrzewającym do walki refrenem oraz pojawiającym się w kulminacyjnym momencie złowieszczym „kwa!” (byłam bardzo zaskoczona, kiedy odkryłam, że to naprawdę „odgłos paszczy” JD) sprawiają, że ta parodia pieśni wielorybniczych jest jedną z najzabawniejszych rzeczy, jakie ostatnio słyszałam. I na pewno pozostanie ze mną na dłużej, ponieważ po prostu nie mogę pozbyć się jej z głowy…

Moby Duck

Lek na całe zło

Trzeci album The Longest Johns stanowi naprawdę dobre połączenie – tradycji z nowymi utworami, poważnego z humorystycznym, instrumentów ze śpiewem a capella, a wszystko to jest doskonale wyważone i nie ma tu ani jednego zbędnego elementu. Do najmocniejszych punktów dla mnie osobiście należą wspomniane już „Ashes”, „Moby Duck” oraz „Fire & Flame”. Jeśli zaś chodzi o przeciwny biegun, to cóż, przy tak dobrej płycie trudno mówić o słabych punktach – podoba mi się tam naprawdę wszystko – ale najmniej zaskoczyły mnie chyba „Here's a Health to the Company” i „Round the Cape”. Co nie zmienia faktu, że również bardzo chętnie ich słucham.

Tytuł albumu – „Cures What Ails Ya” – stanowi parafrazę angielskiego idiomu, który najczęściej odnosi się nie tyle do faktycznego leku na wszelkie choroby, ile do „lekarstwa” w formie płynnej, wysokoprocentowej. Butelki na zdobiącej okładkę grafice jeszcze podkreślają to skojarzenie. I jest ono jak najbardziej słuszne, bo ta płyta zdecydowanie potrafi wprawić człowieka w doskonały nastrój. A do tego nie ma skutków ubocznych… No, może poza tym, że nie sposób przestać jej słuchać.

Ashes

 

CD „Cures What Ails Ya – The Longest Johns, 10.06.2020

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Twoje konto

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy
Bądź na bieżąco, zapisz się na powiadomienia o nowych artykułach: