Nad Narwią po raz pierwszy

czyli jak rozkręcono nowy festiwal w środku pandemii
Relacje Katarzyna Marcinkowska 23 sierpnia 2020
Szanty nad Narwią 2020 Fot. Katarzyna Marcinkowska
W dobie koronawirusa, gdy odbywa się mniej wydarzeń kulturalnych i niejedna fantastyczna impreza została odwołana lub przełożona (fani Kubryku czy Kopyści wciąż trzymają kciuki), tym bardziej cieszy, że w Polsce pojawił się właśnie nowy festiwal żeglarski. Pierwsza edycja Szant nad Narwią okazała się bowiem strzałem w dziesiątkę i zapowiada się, że będą kolejne. Trzymamy kciuki.

Organizacja imprezy masowej w obecnych warunkach to nie lada wyzwanie, a co dopiero imprezy, która tak naprawdę dopiero startuje. Tymczasem Wojciech Winko, stojący u steru Lokalnej Organizacji Turystycznej „Ziemia Łomżyńska”, wpadł na szalony pomysł rozkręcenia zupełnie nowego festiwalu na polskiej mapie imprez żeglarskich. I zrobił to na piątkę z plusem.

Przede wszystkim atmosfera

Organizatorzy wykazali się pomysłowością, zapraszając absolutną czołówkę rodzimej sceny żeglarskiej i jednocześnie zachowując bezpiecznie ograniczoną liczbę wykonawców. Tego wieczora zagrali kolejno Flash Creep, Cztery Refy oraz Mechanicy Shanty. Wszystkie trzy zespoły tryskały humorem i energią, chyba jeszcze bardziej niż zwykle – mam wrażenie, że wszyscy „nadrabiali” po niemożliwości grania przez poprzednie miesiące. W każdym razie – był ogień!

Fani muzyki na żywo dzielą się zazwyczaj na dwie grupy: tych, którzy przyszli przede wszystkim posłuchać utworów, i tych, którzy nie mają nic przeciwko, gdy pogawędki między artystami (lub artystami i publicznością) nieco się przedłużą. Jedni i drudzy mają swoje racje, ja jednak przyznam, że należę właśnie do tych drugich, bo jak dla mnie te rozmowy, wzajemne docinki i żarciki pomiędzy piosenkami budują atmosferę koncertu, skracają na swój sposób dystans między wykonawcą a widownią, no i pozwalają poznać artystów lepiej. Atmosfera panująca w Łomży, tak na scenie, jak i pod nią, była świetna, i wiele momentów z tego wieczora do dziś wywołuje u mnie chichot. Jako widz nie mam wątpliwości, że artyści czuli się na tym festiwalu po prostu dobrze. Tym bardziej brawa dla organizatorów. A także akustyków, bo wykonali bardzo dobrą robotę – słychać było idealnie, a szczere podziękowania wykonawców pozwalają przypuszczać, że pozytywne wrażenia były po obu stronach. Wymogi sanitarne narzuciły oczywiście pewne ograniczenia, jak limit widzów, wcześniejsza rejestracja, odstępy czy konieczność zasłaniania ust i nosa przez publiczność, ale wbrew moim obawom nie zabiło to ani trochę ducha imprezy. Co więcej, zapewniam, w maseczce też da się śpiewać! Może nawet i lepiej niż bez niej, bo przynajmniej trochę wygłuszała moje fałszowanie… Zaś Maciej Łuczak prawdopodobnie pobił rekord Guinnessa w zakładaniu maseczki na czas (na wezwanie organizatora – skierowane rzecz jasna nie do wykonawców, a do bardziej niefrasobliwej części widowni), czym rozbawił nas do łez.

Flash Creep

„Flaszki” wystąpiły w prawie najszerszym składzie. Brakowało tylko Piotrka Łuczaka (ach, czy kiedyś jeszcze usłyszę, jak śpiewa „Emigranta”?), za to skład zespołu ponownie zasilił Jacek Ledworowski. I choć, jak stwierdził, co najmniej jeden utwór grał pierwszy raz w życiu, ani trochę nie było tego słychać. Koncert był wyborny, ale trudno się dziwić. W końcu Flash Creep, przez wielu mylnie zwani zespołem szantowym ze względu na korzenie muzyczne ich członków, są piekielnie dobrym składem folkowym i niesamowicie się cieszę, że udało mi się w końcu usłyszeć ich w nieco dłuższym programie. „Flaszki” zwykle kojarzą mi się z muzyką spokojniejszą, bardziej nastrojową, ale tym razem nie brakło też kawałków naprawdę energicznych. Po raz pierwszy też słyszałam w ich wykonaniu „Sally Brown”.

Maciej Łuczak jak zwykle czarował głosem, Izabela Puklewicz-Łuczak – skrzypcami, Zuzanna Łuczak zaśpiewała moją ukochaną „Dziewczynę na brzegu” (i niech męska część czytelników mi wybaczy ten babski wtręt, ale Zuza miała przepiękną szminkę!). Piotr Ruszkowski natomiast, poza jak zwykle smakowitą grą, podzielił się garścią ciekawostek na temat swojego stalowego Nationala, który brzmi równie cudnie, jak wygląda. Drodzy muzycy, róbcie to częściej! Taki laik jak ja zawsze z zaciekawieniem słucha waszych opowieści o tych wszystkich fascynujących instrumentach.

Cztery Refy

Cztery Refy klasycznie były nieco spokojniejsze, ale i im udzieliła się chyba atmosfera. Nic w tym dziwnego, skoro trzy piąte składu pozostały na scenie po „Flaszkach” – Wiktora Bartczaka na mandolinie zastąpił bowiem w Łomży Piotr Ruszkowski. Tym sposobem Maciej Łuczak oraz Picek grali i śpiewali ze wszystkimi trzema zespołami, przez calutki wieczór, z przerwami tylko na zmianę koszulki – i ani na chwilę nie tracili energii! Ten sam skład Refów widziałam zresztą już w marcu we Wrocławiu i nadal jestem zaskoczona, że można wejść z biegu i znać dosłownie wszystkie piosenki, zarówno melodie, jak i teksty. Magia szantowego środowiska?

Wracając do Łomży, Refy dały świetny, energetyczny koncert i mam wrażenie, że ten znany z przywiązania do tradycji skład był tego wieczora w swojej grze nieco bardziej… frywolny? Nie wiem, czy to wpływ Piotra Ruszkowskiego, który nie miał pewnie czasu na przećwiczenie refowych aranżacji, czy też może efekt braku nieodżałowanego Jerzego Rogackiego, a może po prostu to, o czym już wspominałam – atmosfera miejsca i radość z powrotu do grania po lockdownie. Tak czy inaczej, wyczuwałam tego wieczora u wszystkich Refów niesamowitą energię. I – o ile mnie pamięć nie myli – zaczęli od „Old Joe Clarka”, sprawiając, że ten utwór zabrzmiał tego wieczoru trzy razy w trzech różnych aranżacjach. (Nawet jeśli pamięć mnie jednak zawiodła co do utworu, to i tak pamiętam wyraźnie, że pierwszy kawałek instrumentalny Refów był dla mnie tego wieczora sporym zaskoczeniem – jak najbardziej pozytywnym rzecz jasna). Jeśli chodzi o czarowanie widowni, pierwsze skrzypce grał w Łomży zdecydowanie Jerzy Ozaist, ale reszta Refów nie pozostawała w tyle. Repertuar był idealnie wyważony – coś do zabawy i do wzruszenia, największe przeboje i utwory rzadziej wykonywane, trochę folku, trochę szant. Co tu dużo mówić, Cztery Refy to wszak legenda sceny żeglarskiej. Ale bez wątpienia legenda nadal żywa i mogąca jeszcze niejednym nas zaskoczyć.

Mechanicy Shanty

Mechanicy zawsze grają na co najmniej 150% energii, więc tutaj nie można mówić o zaskoczeniu. Panowie dali jak zawsze świetny występ. Henryk „Szkot” Czekała jak zwykle prowadził nas przez koncert z charakterystycznym dla siebie humorem i charyzmą. Misiek Karczewski jak zwykle się spóźnił (a następnie zrzucił winę na Bogu ducha winną Izę, choć wszyscy widzieli, kto tu kogo zagadywał obok sceny ;)). Repertuar także nie był zaskakujący – i tutaj przyznam, że odrobinkę się rozczarowałam, bo na Shanties oraz Szantach we Wrocławiu mogliśmy usłyszeć jeden całkiem nowy utwór oraz powrót do kilku dawno niesłyszanych, w Łomży natomiast Mechanicy zaprezentowali znów same swoje największe przeboje. Czy jednak z tego powodu gorzej się bawiłam? Absolutnie nie! Zastanawiałam się nieraz, na czym polega magia tego składu, dlaczego choć znam ich piosenki na pamięć, wciąż do nich wracam i zawsze jestem gotowa na kolejny koncert. I dochodzę do wniosku, że sekret tkwi chyba w tym, jak bardzo Mechanicy bawią się muzyką. Jasne, umiejętności i charyzma całej szóstki (tym razem miałam szczęście i byli wszyscy!) oraz same kompozycje też są tu bardzo istotne, ale zwłaszcza w przypadku występów na żywo ta energia płynąca ze sceny ma też kolosalne znaczenie. I myślę, że dopóki te piosenki – grane przecież czasem od nawet trzydziestu pięciu lat – nie znudzą się samym wykonawcom, nie znudzą się także i mnie. A jak na razie nie widać u Mechaników ani grama rutyny, wprost przeciwnie – panowie wydają się doskonale bawić tym, co robią, i nawet piosenki pamiętające początki zespołu wykonują z niegasnącym entuzjazmem.

Muzycy szaleją, improwizują, tak że te same solówki nieraz brzmią zupełnie inaczej w zależności od tego, co komu w duszy gra, a Szkot śpiewa choćby taką „Maui”, wykonywaną z pewnością tysiące razy, zawsze z takim samym uczuciem. Więc choć jak pewnie wszyscy fani Mechaników ubolewam nad brakiem nowości czy choćby powrotu do tych niegranych dawno utworów, to i tak koncert uważam za bardzo udany.

Łomża ma wszystko, czego potrzeba – łącznie z komarami

Łomża, dla mniej wtajemniczonych, jest niezbyt dużym, za to bardzo ładnie położonym miastem w województwie podlaskim, choć jednocześnie właściwie już na Mazowszu. Scena festiwalowa ustawiona została tuż nad Narwią, na stosunkowo niedawno chyba wybudowanych i stanowiących jedną z wizytówek miasta nadrzecznych bulwarach. Dlatego muzyce towarzyszyła też malownicza sceneria, na jaką składała się Narew, ciągnące się za nią pola i łąki, których kolory pięknie wydobyło zachodzące słońce, oraz światła leżącej za nimi Piątnicy z jasnym punktem klimatycznie podświetlonego kościoła parafialnego. Przyczyniło się to zarówno do atmosfery koncertu, jak i do mnogości latających krwiopijców – takie są już jednak uroki imprez plenerowych.

Piękna pogoda pozwoliła mi też przy okazji wyprawy na festiwal trochę pozwiedzać i trzeba tu przyznać, że Łomża okazała się całkiem uroczym miastem. Przy kolejnych edycjach – którym mocno kibicuję – polecam choćby spacer na pobliski dziewiętnastowieczny cmentarz żydowski czy wspinaczkę dość pokaźnymi schodami na rynek i słynną ławeczkę Hanki Bielickiej. Dla wielbicieli militariów zaś w pobliżu znajdują się pozostałości carskiej Twierdzy Łomża czy też Wizna – znana od kampanii wrześniowej jako „Polskie Termopile”. Wybór właśnie tego miasta na lokalizację festiwalu uważam zatem za bardzo trafny – jest położone dostatecznie blisko, by na imprezę mogli przyjechać szantyfani i z Warszawy, i z Mazur, i z Białegostoku czy Olsztyna. Poza tym zawsze kibicuję próbom przełamania śląskiej dominacji, jeśli chodzi o festiwale żeglarskie. Nie żebym was nie lubiła, kochani Ślązacy – po prostu mam do was tak strasznie daleko! Dlatego niezwykle cieszą mnie zapowiedzi organizatorów, że postarają się za rok przekształcić imprezę w dwudniową. Wydaje mi się, że mają wszystko, czego potrzeba – pomysł, zapał i zaangażowanie, wsparcie lokalnych władz (coś, co bardzo przydałoby się starszej sąsiadce – Kopyści) oraz doskonałą lokalizację. Pozostaje tylko trzymać kciuki za Szanty nad Narwią, by udało się im kontynuować ten pierwszy sukces.

„Szanty nad Narwią”, 25.07.2020, Łomża

 

PS. Mały apel od Macieja Łuczaka – jeśli wybieracie się na koncert w czasie pandemii, to namalujcie sobie na maseczkach szerokie uśmiechy, żeby artyści widzieli, że wam się podoba.

Galeria

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Twoje konto

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy
Bądź na bieżąco, zapisz się na powiadomienia o nowych artykułach: