Dziewiątego sierpnia, dwa tysiące dziewiętnastego roku

Wspomnienie o Jerzym Rogackim
Felietony Jerzy Ozaist 9 sierpnia 2019
Czterech na rejach Fot. Press
Kilka godzin temu opowiadałem mojemu kardiologowi, że do dziś na polskiej scenie muzyki żeglarskiej pozostało jeszcze czterech chłopaków z gromadki żeglarzy, którzy ponad czterdzieści lat temu przeszli z desek pokładów, na deski prawdziwej sceny i stanęli przed mikrofonem, by dla odmiany śpiewać – innym, chwilowo siedzącym – kolegom, „przez głośniki”. Teraz już wiem, że... kłamałem!

Bo pozostało trzech...

Szef, animator, wizjoner, twórca, kasjer, aranżer, strażnik, autor tekstów, wydawca, organizator, surowy szorstki decydent i ciepły Przyjaciel – był w zespole Cztery Refy... noo – i tu brakło słowa, bo przecież „lider” - jest zbyt... chude!

Jego żelazną wolę znaliśmy bardzo dobrze. Jego przyzwyczajenia i sposoby pracy doprowadzały nas czasami do granic wytrzymałości.

Ale gdy złamał opory i wszystko poszło po Jego myśli, potrafił – w gronie tych, którzy chcieli posłuchać – cierpliwie wyjaśniać, dlaczego musiało być właśnie tak.

I często przekonywał...

Choć jest w Polsce kilka postaci o ogromnej wiedzy na temat żeglarskiej muzyki i zapewne dysponujących przebogatymi zbiorami materiałów o niej, to trudno mi sobie wyobrazić pełniejszego archiwum niż to, które widziałem w zapełnionym do granic możliwości pokoju Jurka na łódzkim Widzewie.
Strzępy tej wiedzy kondensował przez kilka lat najpierw na przydzielonej sobie jednej stronie miesięcznika Żagle, a potem w nieistniejącym niestety Rejsie.
Ale plany były dużo ambitniejsze: zebrać wszystkie (!) znane Mu pieśni, pokazać zapis nutowy, wszystkie wersje oryginalnych słów, polskie tłumaczenia, opisać każdej historię, pochodzenie i zastosowanie na pokładzie...
Czy coś Wam to przypomina? Tak, tak – wiem, że wielu z Was ma taką książkę w języku angielskim.
Jurek z szacunkiem poprosił o autograf na swoim egzemplarzu, gdy Stan pokazywał nam doki Liverpoolu. Ale wierzył, że jego własna – po polsku – będzie jeszcze pełniejsza. 

Nie zdążył.

A więc książka Marka – skromniejsza, ale za to sprawniej napisana – pozostanie zapewne jedyną.

Będziemy teraz zliczali tę ogromną ilość spełnień i sukcesów, jakie udało Mu się osiągnąć. Będą te znane widzom, czytelnikom i słuchaczom, oraz te – o których wiemy my, Zespół.

Będziemy o nich czytali, we wspomnieniach różnych Znajomych i nieznajomych. Ale mnie ciężko będzie zapomnieć, jak wielu kolejnych, przemyślanych i zaplanowanych... nie zdążył.

Obserwowałem z boku, jak poruszały Go opowieści tych, którzy przyznawali się, że morskie pieśni słuchane ze zgranych już do cna kaset – zmieniły, a czasem przestawiły na zupełnie inny tor koleje ich losu.

Kiedyś – poruszony długim listem – zabrał nas do Anglii, specjalnie by komuś takiemu zaśpiewać w domu – póki jeszcze mógł nas słyszeć i widzieć obok siebie. Bo już nie dotknąć...

Na liście sukcesów miał to wysoko, gdzieś tam obok wielu zaproszeń na duże i małe koncerty urządzane w krajach, z których muzyka morska do nas dotarła.
Bo gdy tamtejsi krajanie ze zdziwieniem odkrywali, że my – tak, jak i oni – również znamy świat drewnianego pokładu i rozumiemy morze, Jurek czuł się spełniony.
Zapewne bardziej, niż po niejednym „huraganowym” aplauzie publiczności – o której wiedzieliśmy, że po prostu wysłuchała jakiejś skocznej lub dowcipnej melodyjki...

Ale z goryczą obserwował niektórych rodzimych „twórców” żeglarskiej muzyki, kopiujących kiepskie kopie ze zgwałconą linią melodyczną i zdobywających poklask tanimi patentami drogiej aparatury, którzy wszak nigdy nie podrapali sobie delikatnych paluszków twardą sizalową liną.
Dziś, gdy wszystkie możliwe zakamarki światowych archiwów dostępne są na tablecie przeglądanym w tramwaju – takie „lenistwo” Go porażało.

Gdy wspominaliśmy początki polskiego „estradowego” śpiewania żeglarskiej muzyki, Jurek zawsze przywoływał nazwę Refpatent, Jego pierwszy zespół.

Warto sobie uświadomić, że w legendarnych Górkach '77 wystąpił już dojrzały skład, który muzykę żeglarską na estradzie festiwalowej prezentował jeszcze wcześniej!
Tyle, że na festiwalu, który nie był „żeglarski” – a tylko „turystyczny”, czyli na łódzkiej Yapie.

Gdy po „wojennym” początku lat 80. większa część Refpatentu rozpierzchła się po dalekim świecie, Jurek z szacunku do nich, nie zdecydował się reaktywować nazwy.
Przekręcony cztery razy – może właśnie na cztery strony świata – refpatent i... każdy żeglarz wie – to cztery refy.
Od '85 roku pisane już z dużej litery Cztery Refy (a było rzeczywiście czterech...) stały się głównym światem – są tacy, którzy z goryczą mówią: jedynym światem... – Jerzego Rogackiego.

Trudne początki, żmudna praca bazująca początkowo na odkurzaniu repertuaru Refpatentu i równoczesnym – dzięki materiałom Jurka – poznawaniu źródeł. Ta muzyka grała nam w domach, w pracy, w samochodach, na wielogodzinnych cotygodniowych próbach i „nasiąkaliśmy” nią...

Może to nasączenie pozwalało przetrwać pierwsze twarde zetknięcia z żelazną konsekwencją, z jaką Szef trwał na wytyczonej drodze. Cóż – nie wszystkim pozwalało. Zapewne byli mniej nasiąkliwi...

Straty były i bywały bardzo bolesne.

Dopiero z początkiem nowego wieku, skład załogi się ustabilizował. A zarefowany żaglowiec płynął. I trzymał się kursu.

Wiele się uczyliśmy od Jurka. Ba – bywało, że niektórzy wręcz go w jakichś aspektach (choćby w ilości przećwiczonych z instrumentem w ręku godzin...) z rozpędu – przeganiali.

Ale nikt nie dorównał Mu w żelaznej konsekwencji i umiejętności trzymania się założonego  celu. Niektórzy nazywają to uporem...

I wcale nie mam na myśli jednej z wielu Jego legendarnych sentencji. Tej, która brzmiała:

– mam silną wolę, postanowiłem sobie że będę palił – i będę!

Dotrwał do samego końca...

Myślę o niesamowitej umiejętności nieulegania w najtrudniejszych negocjacjach.
Dla mnie niezapomnianą lekcją było świadkowanie w negocjowaniu kosztów wyczarterowania żaglowca, którym Zespół z Przyjaciółmi miał dotrzeć na umówioną serię koncertów do Anglii. Jurek wiedział, że musimy mieć ten żaglowiec, a przedstawiciel armatora wiedział, że żaglowiec na cumach – to strata, ale jego stałe koszty nie znikną i trzeba je pokryć.
I przy prawdziwej wzajemnej przyjaźni – kwoty godzinami nie chciały drgnąć.
Przywitaliśmy się wczesnym popołudniem, a gdy podpisana umowa leżała na stole – za oknami wschodziło słońce.

A ja – ledwo przytomny – rozumiałem już, że oto „trafił swój na swego”.

...

Wiem, że tę lekcję odebrało potem sporo Organizatorów koncertów. Może dlatego nie graliśmy ich aż tak wielu, jak mogliśmy...

Ale przecież walory powielane zbyt szybko – tracą na wartości. Więc pewnie Jurek wiedział co robi.

Tak – z pewnością wiedział.

***

Wiadomość poszła już w świat. Szybciej, niż zdołaliśmy oprzytomnieć, ogarnąć myśli. Ba – uwierzyć...

A przecież Jurek zawsze był wrogiem pośpiechu za wszelką cenę! Więc i tu należało nam dać trochę czasu... Sami byśmy napisali.

A więc czytam pierwsze, zaskoczone, niedowierzające jeszcze komentarze. Będzie ich zapewne coraz więcej. Znów okaże się pewnie, że tych ludzi – którzy mówili gdzieś przy barze Jurkowi: „chłopie – zmieniłeś mi życie” – było więcej niż barów.

I rośnie w nas poczucie – że musimy utrzymać kurs starego zarefowanego weterana.
Żebyś był z nas dumny Szefie.

 

Żegnaj Przyjacielu.

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Twoje konto

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy
Bądź na bieżąco, zapisz się na powiadomienia o nowych artykułach: