Z Bytomia do Airvault

Les Dieses i Sąsiedzi - nowy projekt polsko-francuski
Relacje Kamil Piotr Piotrowski 10 sierpnia 2012
Sąsiedzi i Les Dieses Proje(c)kt Fot. Patrick Jacq
Na początku lipca Sąsiedzi z Gliwic byli gośćmi francuskiego zespołu folk-rockowego Les Dieses, który znany jest u nas z projektu „Odyseja” realizowanego z wrocławską Orkiestrą Samantą. Tym razem Francuzi postanowili zbliżyć się do bardziej akustycznych brzmień i do współpracy zaprosili muzyków z Górnego Śląska.

Zjechaliśmy już Polskę w ciągu tych 11 lat wzdłuż i wszerz. Parę lat temu zamarzyły nam się wojaże zagraniczne i od tamtego czasu, co roku, w okresie wakacji udaje nam się odwiedzić jakiś ciekawy zakątek świata i zagrać na fajnym festiwalu. Byliśmy już kilka razy w Holandii, Czechach, Francji, zajrzeliśmy do Niemiec i USA, ale to co wydarzyło się na początku tegorocznych wakacji dane nam było po raz pierwszy.

Na początku lipca, na zaproszenie francuskiej grupy Les Dieses wzięliśmy udział w ich nowym projekcie, który współnie mieliśmy zaprezentować podczas dwugodzinnego koncertu, drugiego dnia festiwalu folklorystycznego w Airvault, niedaleko Poitiers.

„Lediezów” - jak ich nazywamy, poznaliśmy w 2007 r. we Wrocławiu, gdzie występowali m.in. z Orkiestrą Samantą w projekcie „Odyseja/Odyssée”. Wtedy posłuchali też naszego koncertu, i spodobało im się to, co robimy. Po naszym koncercie nawiązali z nami rozmowę. Zapytali czy bylibyśmy zainteresowani jakąś współpracą w przyszłości. Lata mijały i gdy już zapomnieliśmy o tym, w maju zadzwonił Zito, skrzypek zespołu, i zaprosił nas do nowego, wspólnego projektu. I tak na początku lipca znaleźliśmy się we Francji.

Les Dieses to grupa z Partheney we Francji, której dwaj założyciele Didier Dubreuil i Zito Barrett znają się już od ponad 30 lat. Grali w różnych zespołach rockowych, popowych, aż postanowili założyć zespół inspirujący się pieśniami morza, folklorem morskim. Ich muzyka, jak sami mówią, to trochę folku, trochę rocka, z domieszką celtyckich inspiracji, z poetyckimi tekstami opowiadającymi o życiu na morzu, miłości do żagli, tęsknocie. W swoim repertuarze posiadają zarówno energetyczne, porywające publiczność piosenki, jak i nostalgiczne ballady. Nagrali 7 płyt, ostatnia nosi tytuł Pêcheurs de vent. Zjeździli kawał świata, grając w Europie i Ameryce. Byli kilkakrotnie w Polsce, ostatnio w lutym na krakowskim Międzynarodowym Festiwalu Piosenki Żeglarskiej „Shanties”, gdzie wystąpili z Orkiestrą Samantą. W odróżnieniu od poprzedniego, projekt z Sąsiadami oparł się bardziej o muzykę tradycyjną, łącząc pierwiastki ludowości z obszarów pochodzenia obu zespołów.

To było dla nas podwójne wyzwanie. Po pierwsze zaprosili nas zawodowi muzycy, którzy grają wspólnie już co najmniej od 20 lat. Po drugie dostaliśmy sporo materiału do nauczenia, czekał nas ogrom pracy. Po trzecie jechaliśmy w innym składzie, niż gramy na co dzień. Niestety nie mogli pojechać z nami Ela i Kuba. Ale ponieważ taki projekt nie trafia się co dzień, postanowiliśmy podjąć wyzwanie. Szczęście nam sprzyjało, bo Elę udanie zastąpił Mirek Walczak, który kiedyś grał w gliwickim zespole muzyki irlandzkiej Duan.

Do Airvault na zachodzie Francji, dotarliśmy 8 lipca. Nawet nie wiedzieliśmy co nas czeka. Przez kolejnych pięć dni nie wychodziliśmy prawie z... szopy. Pracowaliśmy ciężko, próby trwały całymi godzinami, z przerwami tylko na posiłek. Mieliśmy bardzo dużo materiału do opanowania, koncert miał trwać dwie godziny, z czego tylko jedna trzecia to był nasz autorski repertuar. Reszta to wspólny program z Les Dieses lub udział niektórych z nas w ich utworach. Mieliśmy tylko pół dnia wytchnienia, który wykorzystaliśmy na odwiedzenie La Rochelle. Zawsze staramy się, jeśli jesteśmy w pobliżu, poznać miejsce znane nam z tradycyjnych morskich pieśni. Port w La Rochelle pojawia się w wielu szantach.

Ponieważ część utworów rozpracowaliśmy jeszcze przed przyjazdem, przez pierwsze trzy dni graliśmy je i próbowaliśmy w spólnie zaaranżować. To był najciekawszy czas. Pojawiały się wciąż nowe pomysły, zmiany, trzeba się było zgrywać, znaleźć wspólny mianownik. Było też kupę śmiechu, zabawy.

Dużo się od siebie uczyliśmy, my od nich ruchu scenicznego, aranżacji na wiele instrumentów, oni od nas technik śpiewu, czy tradycyjnej gry na skrzypcach. Jednego dnia Mirek z Zito spędzili ponad godzinę szlifując techniki gry na skrzypcach. A wieczorami... graliśmy dalej, tyle tylko, że już kompletnie inny repertuar. Śpiewaliśmy znane hity, improwizowaliśmy do zapodawanych przez kogoś klimatów, nadal bawiliśmy się muzyką. Oczywiście przy lampce jakiegoś francuskiego wina. Wino, jak to we Francji, towarzyszyło nam zresztą wszędzie. Francuzi nie wyobrażają sobie posiłku bez tego napitku.

Ostatnie dwa dni przed koncertem, to było już ogrywanie materiału, próba generalna z nagłośnieniem. Ilość nawiezionego sprzętu wprawiła nas w niemałe zdziwienie. Próby, już na sali, trwały pół dnia.

Sam koncert odbył się w piątkowy wieczór (13.07), w wypełnionej po brzegi sali miejscowego ośrodka kultury, w ramach Międzynarodowego Festiwalu Folklorystycznego w Airvault (były też grupy z Czech, Włoch, Irlandii, Rumunii oraz drugi polski akcent, zespół folklorystyczny Akademii Medycznej z Lublina - bardzo symatyczna ekipa).

W dwugodzinnym programie pierwsza część należała do Sąsiadów. Ponieważ Airvault ma wiele wspólnego z Polską (w czasie wojny stacjonowało tu 15 tysięcy polskich żołnierzy, współracują też z Wisznicami, i Podlasiem), specjalnie na życzenie gospodarzy włączyliśmy do programu ludowy utwór ze Śląska, pt. Bandoska opolska oraz oczywiście szanty i pieśni morza (w tym  kilka tradycyjnych, bretońskich). Druga część koncertu to prezentacja Les Dieses (w niektórych utworach towarzyszyli im pojedyńczy członkowie Sąsiadów). Trzecia część, finałowa, to wspólny występ obu zespołów a w repertuarze obok piosenek obu grup, śpiewanych po polsku, angielsku i francusku, zgodnie przez wszystkich 10 muzyków (sic!) znalazła się specjalnie opracowana na tę okazję, prawie 20 minutowa wiązanka melodii irlandzkich, zaczynająca się innym, ludowym polskim utworem, do którego bardzo udanie Mirek wymyślił motyw, żywcem wzięty z muzyki ludowej Irlandii.

Było różnorodnie, udało nam się chyba połączyć te nasze dwa światy polski i francuski, wpleść w to wątki i inspiracje irlandzkie, i co najważniejsze wciągnąć ludzi w nasze przedstawienie, bo było to niemal przedstawienie. Zito i Didier rozpracowali ten spektakl co do szczegółu. Każdy z nas miał w nim swoją rolę do odegrania. Finał, gdy nagle zeszliśmy ze sceny do publiczności, część z nas dalej grając, chyba zrobił wrażenie, bo ruszyliśmy sporą grupę widowni z krzeseł, na które do końca koncertu już nie wrócili.

Wszyscy mieli chyba lekką tremę, zwłaszcza gospodarze, ale dobre recenzje, znikające po koncercie płyty i kolejka po autografy świadczyły o tym, że nie wpłynęła ona negatywnie na cały spektakl. Podobało się. Nam również.

Zagraliśmy także koncert autorski następnego dnia, już na zakończenie festiwalu. Ze względu na brak Kuby i Eli (Mirek nie opanował jeszcze całego materiału), musieliśmy trochę improwizować. Ciężar prowadzenia przejęli na siebie Domi i Marek i tym razem program był spokojniejszy - zwłaszcza, że zaczęliśmy tuż przed północą, i to po koncercie bardzo żywiołowego zespołu. Domi rozsnuwała opowieści o Sally Gardens, Marek trochę poszancił, a Mirek zapodał kilka irlandzkich motywów. Daliśmy radę, choć ja, lekko nadgryziony tremą, zacząłem koncert Maidem z innej tonacji...

Te pięć dni to było niesamowite doświadczenie. Występowaliśmy już co prawda na scenie z zagranicznymi muzykami, z Simonem Spaldingiem z USA, z Les Souilles de Fond de Cale z Francji, z Ginevrą z Czech, ale w tak poważnym projekcie, z muzykami zawodowymi, jako zespół jeszcze nie braliśmy udziału. Cieszymy się, i bardzo dziękujemy za tą szansę, bo zdajemy sobie sprawę jak ważne to będzie dla dalszego naszego rozwoju.

Najprawdziwszą prawdą okazało się to, co kiedyś opowiadali nam Zielak i Alex (gdy jeszcze razem grali w Orkiestrze Samata), że chłopaki z Le Dieses to niesamowicie sympatyczni i weseli goście, a przy tym bardzo profesjonalni. Praca z nimi była czystą, choć ciężką, przyjemnością.

Les Dieses chyba też byli zadowoleni, bo już następnego dnia po powrocie otrzymaliśmy podziękowania i laurkę następującej treści:

Nareszcie trzydniowy odpoczynek przed wyjazdem na kolejne 2 koncerty. Oczywiście, jest to okazja do życia tylko i wyłącznie muzyką i jesteśmy tego świadomi, ale, co ważniejsze, dzięki tej muzyce spotykamy ludzi, którzy stają się nam bliscy jak członkowie rodziny i tak właśnie stało się z wami. Jesteśmy zachwyceni pracą z wami, wzajemnym szacunkiem, możliwością dzielenia się wiedzą, prostotą relacji w czasie odpoczynku od muzykowania, krótko mówiąc, tym wszystkim co kochamy!

Francja znów nas oczarowała. Jedzenie, wino, ludzie (kilku Polaków - Paweł pozdrawiamy, i kilkunastu z polskimi korzeniami także udało nam się spotkać), klimat małej, bardzo wiekowej miejscowości (katedra z XIII w, a jej fragmenty nawet z XI w. !!!) - wszystko to działało na wyobraźnie i na samą pracę.

Gdy wracaliśmy samochodem (full wypas Mondziak, automat), z głośników rozbrzmiewała średniowieczna muza grupy Malicorne (polecamy, to nasze tegoroczne odkrycie) a przed nami co jakiś czas pojawiały się mury średniowiecznych zamczysk - decyzja mogła być tylko jedna. Szybko tam wrócimy.

A to, że zgubili nam bagaże, a w moim miałem klucze do domu (sic!), że jak się znalazły sery nadawały się już tylko do... nic to. Było pięknie i czekamy na jeszcze.

W projekcie udział wzięli:

Les Dieses: Didier Dubreuil - śpiew, bodhran | Zito Barrett - skrzypce, mandolina, śpiew | Mathieu Orain - gitara basowa, śpiew | Jeando Tognetti - perkusja, cajun | Remi Bayou - gitara, bouzuki

Sąsiedzi: Dominika Płonka - śpiew, flety | Kamil Piotrowski - śpiew, mandolina | Piotr Świeściak - śpiew, gitara | Marek Wikliński - śpiew, drumla, koncertina | Mirek Walczak - śpiew, skrzypce

PS.

Za chwilę znów wyruszamy nad Sekwanę - na podobno jeden z najfajniejszych festiwali folkowych we Francji - Traversees Tatihou Festival. Zjadą na niego gwiazdy folku z całej Francji i kanadyjskiego Quebecu oraz kilka grup z Europy. I przede wszystkim Malicorne... to się nazywa „myślisz, mówisz, masz”.

PS. 2

W imieniu swoim i redakcji zachęcam do przysyłania relacji z Waszych podróży, koncertów w ciekawych miejscach, na fajnych festiwalach, chęnie je opublikujemy - nawet w wersji angielskiej i francuskiej, jeśli takie dostaniemy ;)

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy
Bądź na bieżąco, zapisz się na powiadomienia o nowych artykułach: