Muzyczna Łasztownia na zlocie żaglowców

Folk i szanty na The Tall Ships‘ Races w Szczecinie
Relacje Kamil Piotrowski 22 sierpnia 2013
Szczecin The Tall Ship' Races 2013 Fot. Kamil Piotr Piotrowski
Szczecin powitał uczestników finału The Tall Ships’s Races wspaniałą pogodą. Niektórzy powiedzieliby nawet, że przesadził. Zwiedzanie prawie setki żaglowców, słuchanie wielu godzin muzyki w ponad 30 stopniowym upale nie wszystkim mogło się podobać, ale nikt nie narzekał, co najwyżej ci mniej zahartowani po prostu odpuścili. Co wcale nie zmniejszyło tłumu zwiedzających.

Po raz drugi przy Wałach Chrobrego pojawiły się największe żaglowce świata. Wydarzenie to niesamowite, skala przeogromna, liczba zwiedzających też. Zrobiło na mnie wrażenie! Miałem okazję odwiedzić kilka takich imprez w świecie (m.in. w 2003 r. „DelfSail” w Holandii, w 2010 r. „The Tall Ship Celebration” w USA) i muszę przyznać, że Szczecin pobił je wszystkie, jeśli chodzi o skalę, liczbę jednostek (91, w tym ok 1500 załogantów!). Jednakże jeśli chodzi o miejsce muzyki morza przy okazji takiego wydarzenia, jeszcze musimy się trochę podciągnąć, choć byłbym nieuczciwy, gdybym nie napisał, że było dobrze, a nawet, porównując do całego naszego wybrzeża, szant i pieśńi morza było sporo i to w dobrym miejscu (choć nie na głównej scenie).

Największy festiwal morskiej muzyki jaki miałem okazję śledzić podczas podobnych imprez towarzyszył tej w Bay City w USA. Mimo, że żaglowców było tam raptem kilkanaście, to morskie śpiewy obecne były przez cały dzień na kilku scenach i przez całą noc w tawernie, i to w międzynarodowym wydaniu. Również holenderski DelfSail z 2003 r nie miał się czego wstydzić. Szanty i pieśni morza dominowały tam na głównych scenach. Jest jeszcze bretoński festiwal w Paimpol, gdzie też jest port, gdzie ściągają, może nie tak duże, ale jednak żaglowce z całego świata (i setki żaglówek i łodzi), ale to jednak impreza, gdzie muzyka jest ważniejsza od żaglowców.

Na Łasztowni

W Szczecinie folk morski był tylko dodatkiem, ale jak podkreślało wielu, scena na Łasztowni miała swój klimat i raczej niechętnie muzycy zamieniliby ją na tę główną, pełną bajerów. Ja też bym nie zamienił, co najwyżej, dodałbym tylko więcej koncertów w temacie morze, rejsy, bitwy, wieloryby.

Na Łasztowni odbyły się dwa koncerty. W sobotę (3 sierpnia) folkowy, gdzie folk morski reprezentowali Sąsiedzi (był też znany szantyfanom Stonehenge i Dair – Grzesia Opalucha z Qftrów). W niedzielę (4 sierpnia) na koncercie było już szantowo-żeglarsko, gdyż na Łasztowni pojawiła się prawie cała czołówka polskiej sceny.

Dzień folkowy

Podczas dnia folkowego upał był tak niesamowity, że byłem mile zaskoczony, widząc, że mimo najgorszej pory (13:00), podczas koncertu Sąsiadów, na odkrytej przestrzeni, gorącej jak patelnia, zebrało się grubo ponad 100 osób i wytrwało z nami ponad pół godziny. Wielkie uznanie, ja podczas koncertu kolejnego wykonawcy nie dałem rady i uciekłem pod najbliższy parasol, schładzając się dodatkowo napitkiem.

Dzień szantowy

Niedziela była już przyjemniejsza. Z programu szantowo-żeglarskiego koncertu, który prowadziła Katarzyna Wolnik-Sayna z Radia Szczecin, niestrudzona propagatroka żeglarstwa i muzyki morza, ostrzyłem sobie zęby przede wszystkim na Toma Lewisa z Qftrami. Ale interesowało mnie też co (i przede wszystkim jak) słychać u pozostałych. Jak wypadną Banana Boat po powrocie z kanadyjsko-amerykańskich wojaży, Perły i Łotry na nowej ścieżce kariery, Ryczące Dwudziestki na dużej scenie z nowym gitarzystą. A przecież w programie jeszcze Stare Dzwony, Klang, Mechanicy ShantyFormacja, Andrzej Korycki z Dominiką Żukowską.

Banana Boat nikomu przedstawiać chyba nie trzeba. Od lat to już absolutna czołówka nie tylko polskiej sceny. Zwiedzają świat, najważniejsze imprezy marynistyczne, zbierając „standing ovation'y” po tej i tamtej stronie oceanu. W Szczecinie zabrzmieli bardzo dobrze (ekipa nagłośnieniowa brawo!). Jak zawsze była zabawa, był nastrój (ach te bałkańskie klimaty), był luz, ale to, co uderzyło mnie tego dnia to profesjonalizm. W postawie, w zapowiedziach, ruchu scenicznym, nawet jak zgubili ton, wybrnęli zawodowo (i zabawnie przy okazji). Wszystko było takie spójne, przemyślane, nawet żarty, przekomarzania pasowały do miejsca. Samo zakończenie koncertu, prezentacja wszystkich członków grupy – godna największych scen muzycznych. Pełne zawodowstwo. Widać, i słychać po nich, światowe, sceniczne obycie. To nie tylko odśpiewanie repertuaru, to już nie tylko wygłupy na scenie, to całe, przemyślane przedstawienie. Po tym koncercie nie miałem wątpliwości, że dali by sobie doskonale radę i na scenie głównej The Tall Ships‘ – szkoda, że nie dostali takiej szansy.

Jak spod igły

Podobnie Perły i Łotry. Wrócili z dalekiej podróży. W Szczecinie nadal jeszcze tylko a cappella (podobnie jak na premierze nowego składu w Tychach), ale mnie to nie przeszkadzało. Zaśpiewali większość dawnego repertuaru, wiele szant – był to chyba najbardziej szantowy koncert tego dnia, z tego co słyszałem. Nawet Lewis z Qftrami okazali się bardziej folkowi. Podobało mi się. Pasowali mi tu idealnie – między morzem masztów, „grających” want, gwaru przechodzących ludzi. Po odejściu Adama Saczki, decyzja o przyjęciu dwóch solistów, była najlepszą z możliwych. Zmuszeni do eksperymentowania, wyszli z tego obronną ręką, a jak dla mnie, nawet bardzo zyskali. Czterech solistów urozmaica ich koncerty i daje możliwość lepszego kreowania nastrojów. W porównaniu do pierwszego koncertu, jaki słyszałem pod koniec czerwca, słychać było postęp. Byli pewniejsi, mocniejsi w brzmieniu, wpadek prawie żadnych (zdarzyło się i teraz, ale to już będą sporadyczne sytuacje, o ile w ogóle). Choć z drugiej strony brakowało mi trochę tego luzu, zabawy, tych uśmiechów kierowanych do siebie, gdy coś jeszcze się nie zgrało. To sprawiało, że Perłom, znanym zawsze z tego, że każdy koncert mają przygotowany niemal do perfekcji, przytrafiało się trochę spontaniczności. Drobne błędy, czy jeszcze niezgranie w jakimś utworze, nie zmienia faktu, że perłowa maszyna wpadła już we właściwe obroty i jest tylko kwestią czasu, gdy panowie wybrzmią na scenie pełnią mocy. Jestem przekonany, że moc będzie z nimi, bo czuję, że potencjał tego składu jest ogromny. Podczas koncertu na Łasztowni byli skoncentrowani, byli przygotowani i prezentowali się jak spod igły, wszyscy w błękitnych koszulach. Poważna załoga. Zupełnie przeciwny obraz objawił się po nich.

Falstart Dwudziestek

Panowie z Ryczących Dwudziestek zaliczyli niejako falstart. Najpierw, ni stąd ni zowąd wpadli ze sprzętem na scenę podczas koncertu Pereł, nic sobie nie robiąc z tego, że koledzy właśnie występują, zaczęli się rozkładać (podobno tak kazał organizator). Wojciech Harmansa w pewnym momencie musiał przerwać śpiew, by upomnieć nowego gitarzystę, który akurat odpalił piec i zaczął w najlepsze stroić sobie gitarę (?!?). Gdy z kolei przyszła ich kolej pojawili się na scenie jakby prosto z plaży. Krótkie spodenki, t-shirty, okularki słoneczne… strój trochę nieadekwatny do rangi imprezy. Wiem, że lato, upały i nie szata zdobi muzyka, ale... Do tego po pierwszych dźwiękach okazało się, że gitar za dużo, głosów za mało, albo odwrotnie, że Bohdana (to ten nowy gitarzysta zespołu) na początku momentami nie było w ogóle. Takiej formacji jak Ryczące, nie powinny się takie rzeczy przytrafiać, zwłaszcza, że ekipa nagłośnieniowa naprawdę była przygotowana i dotąd wszystko brzmiało jak trzeba. No kiepski początek. Dowiedziałem się później, że było jakieś niedomówienie z terminami prób i zespół liczył na swoją próbę przed występem. Szkoda, bo zanim akustycy przykręcili co trzeba, to pierwsze trzy utwory poszły na zatracenie. Na szczęście złe miłego początki i w kolejnych minutach Ryczące i publiczność się rozkręcili. Ja zrobiłem sobie przerwę.

Luz i zawodowstwo

Pod scenę wróciłem w połowie koncertu Starych Dzwonów. Mentorzy wielu z nas, młodszych wykonawców, byli w bardzo dobrej formie, publiczność stare hity śpiewała razem z nimi. Znów zadziałała ich metoda, czyli luz, dialogi pomiędzy poszczególnymi członkami zespołu i wciąganie publiczności do konwersacji. Andrzej Korycki, Jerzy Porębski, Marek Szurawski i Ryszard Muzaj to naprawdę wielkie indywidualności polskiej sceny szanty i piosenki żeglarskiej, ci którzy jako jedni z pierwszych promowali tradycyjną muzykę morza w Polsce. Każdy z Dzwonów z osobna ma przebogaty repertuar, potrafi stworzyć widowisko, a gdy są razem na scenie? Efekt synergii jest tu wzmocniony wielokrotnie. Widać było, że bawili się znakomicie, a licznie zgromadzona publiczność razem z nimi. A upał nieco zelżał, pojawiły się nawet chmury. Zrobiło się rześko i przyjemnie.

Czas Toma i Qftrów

Wiedziałem co zaśpiewają i zagrają – płyty „Poles Apart” i „Poles Part Too” znam niemal na pamięć. Obie są doskonałe. Liczyło się to, żeby usłyszeć ich na żywo, bo to zawsze inne doświadczenie. Zwłaszcza spotkanie z Tomem, folkmenem i szantymenem światowego formatu, było gratką nie lada. Gdy rozpoczynali projekt „Poles Apart”, ponad 10 lat temu, jak powiedział mi Lewis po koncercie, to co przekonało go do współpracy, to były niespotykane dotąd w jego folkowym świecie, brzmienie zespołu i aranżacje. Nazwał je nawet „typowo słowiańskimi”. Tego dnia także brzmieli wspaniale, zarówno w partiach wokalnych, jak i instrumentalnych, a prowadzenie Toma w wielu utworach, dodawało koncertowi tego dawnego, marynarskiego klimatu (pozwolili uruchomić wyobraźnię, podobnie jak cumujące obok żaglowce). Panowie są już bardzo zgrani ze sobą, choć okazji do wspólnego śpiewania za dużo nie mają. Jednak klasa, umiejętności, doświadczenie, a przede wszystkim dogłębna znajomość tematu – z pewnością od lat ułatwia im współpracę. Słychać to na scenie za każdym razem, gdy ich widzę. Podoba mi się, w którą stronę poszli z drugą płytą – bardziej w folk, choć o morskich klimatach nie zapomnieli. Koncert bardzo mnie usatysfakcjonował, warto było zostać w Szczecinie.

Szybcy Mechanicy

Na koniec załapałem się jeszcze na set Mechaników Shanty. Panowie też lekko, w sandałkach i klapkach, co jeszcze raz napiszę, nie bardzo mi się podobało. Zdecydowanie jednak nie te stroje na taką imprezę, ale koncert jak to u Mechaników, przebojowy. Poleciały wszystkie znane hity, Szkot tylko krótko je zapowiadał, by jak mówił: „jak najwięcej zaśpiewać”. Szybko, dynamicznie, z werwą, bez zbędnych przerw. Publiczność chyba była zadowolona z takiego postawienia sprawy.

Po tym koncercie musiałem opuścić teren Łasztowni i nie udało mi się już posłuchać koncertów Andrzeja i Dominiki oraz Formacji.

Gwarno pod i poza sceną

Podczas wszystkich koncertów gwarno i rojno było zarówno przed sceną (stale ok, 300 widzów, raz mniej, raz więcej) i na zapleczu sceny. Obok tych, którzy prowadzili ten koncert, Agnieszki ze Szczecińskiej Agencji Artystycznej, Kasi Wolnik-Sayny z Polskiego Radia Szczecin, pełno było ludzi. Cały czas ktoś przychodził, witał się, rozmawiał i odchodził. Przewinęło się tam w czasie całego koncertu wiele znajomych twarzy świata żagli i piosenki. Było jak w ulu. To odróżniało ten koncert, od tego folkowego z dnia poprzedniego, a o tym niżej.

Folk, a szanty

Nasunęła mi się jeszcze taka obserwacja dotycząca koncertów sceny folkowej i szantowej. Na tych pierwszych ludzie pojawiali się i znikali, bardzo mała liczba osób się znała, zarówno wśród wykonawców, ale też rzadko z publiczności ktoś zagadywał, podchodził do artystów. Ot anonimowi widzowie. Na tej drugiej, przez cały czas miałem wrażenie, że jestem częścią większej, zintegrowanej społeczności (i nie chodzi mi o kuluary sceniczne, tylko o publiczność). Część to z pewnością byli „wychowankowie” cyklu koncertów „Sail Szczecin”, które organizowała Kasia w Polskim Radiu Szczecin, ale sporo też było osób ze śródlądzia. Powitań, uścisków, gestów przyjaźni – było, jak na taki tłum bardzo wiele. Publiczność folkowa jeszcze nie jest chyba tak zintegrowana. Zresztą program koncertów sobotnich nie powalał. Gwiazdy wieczoru – Bubliczki, Megitza – dały świetne koncerty, na światowym poziomie, ale to grupy, które dopiero się u nas wybijają, dopiero budują swoje fankluby. Poza tym muzyka bałkańska średnio kojarzy się z żaglowcami. Oczekiwałbym jednak więcej irlandzkich, bretońskich nut, zwłaszcza, że jedna z ciekawszych grup muzyki celtyckiej w Polsce – Dair – pochodzi właśnie ze Szczecina. Jest tu też środowisko fanów „irlandczyzny” (na Wolinie odbywa się festiwal, gdzie ją regularnie słychać), duża grupa celtofanów jest też w niedalekim Poznaniu, a i w innych regionach ich nie brakuje. To folkowe środowisko należy właśnie do tych bardziej zintegrowanych w Polsce, jeżdżą za swoimi grupami po całym kraju. No i co tu dużo mówić, folk morski i folk celtycki to często to samo, tylko inaczej podane.

Akcent położony na ten rodzaj muzyki na scenie folkowej z pewnością pomógłby w stworzeniu bardziej rodzinnej atmosfery na widowni – podobnej jak ta dzień później na koncertach muzyki morza. „Dni Morza“ już za rok. Myślę, że warto o tym pomyśleć. 

A morze tak, a może nie…

The Tall Ships‘ Races, Scena szantowa, 4.08.2013, Szczecin

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy
Bądź na bieżąco, zapisz się na powiadomienia o nowych artykułach: