Jednym z najciekawszych momentów tegorocznej edycji festiwalu był bez wątpienia koncert z udziałem orkiestry symfonicznej uświetniający 45-lecie „Shanties”. Ale nostalgia gościła na wszystkich wydarzeniach, nie tylko ze względu na jubileusz, ale przede wszystkim we wspomnieniach i hołdach oddawanych wielkiej nieobecnej – Dominice Żukowskiej.
Festiwal „Shanties” odbywa się już od niemal pół wieku i naturalne jest, że przez tyle lat „czasem ktoś zmęczony rejsem [...] wspina się na reje te niebieskie”, jak śpiewa Andrzej Korycki. Nikt chyba nie spodziewał się jednak, że te słowa tak szybko odniosą się do wykonującej tę piosenkę wraz z Andrzejem Dominiki Żukowskiej. Nic zatem dziwnego, że ten „shantiesowy” jubileusz odbywał się od początku do końca w dosyć słodko-gorzkich klimatach i śmiechom towarzyszyła niejedna chwila zadumy i refleksji. Artyści mieli w tym roku szczególnie trudne zadanie i nierzadko zdarzały się chwile wzruszenia. Ale myślę, że wspólnymi siłami na scenie i pod nią daliśmy radę przetrwać te smutniejsze momenty i godnie uczcić zarówno Dominikę, jak i 45. jubileusz „Shanties”... bo w końcu, co by się nie działo, „najważniejsze w odpowiedniej być załodze”.
Od bieguna do bieguna
Jak zwykle na festiwal dotarłam dopiero na piątkowe koncerty, nie mogę więc wiele powiedzieć o koncercie balladowym w Radio Kraków ani jubileuszu EKT Gdynia, słyszałam jednak, że powrót do luźniejszej konwencji stojąco-skaczącej w Żaczku spotkał się z uznaniem uczestników. Dla mnie natomiast 45. „Shanties” zaczęły się koncertem zatytułowanym „Nasze bieguny”, prowadzonym przez Pawła Koniecznego i Michała Słowikowskiego. Biegunów rzeczywiście tam nie brakowało, zarówno jeśli chodzi o żonglerkę nastrojami (od energetycznych Mietków Folków po liryczną Trzecią Miłość), pochodzenie wykonawców (od zimnej północy, czyli Narviku, skąd przyjechał Groms Plass, po gorące południe… czyli w tym przypadku Śląsk i Banana Boat), jak i pełną amplitudę emocji. Najpiękniejszą niespodzianką tego koncertu był dla mnie „Wojownik Grom” wykonany tym razem nie jak zwykle w dwóch trzecich po norwesku, ale w całości po polsku przez towarzyszącą Groms Plass Jolę Gacką (Trzecia Miłość). Choć bardzo lubię też starą wersję i zawsze jakoś tak dodatkowo wzruszało mnie, kiedy Norwegowie wkładali całe serce i skupienie w zaśpiewanie fragmentów polskiego tekstu, to świetnie było wreszcie zrozumieć dokładnie wszystkie słowa. Bardzo podobały mi się też towarzyszące koncertowi grafiki autorstwa Krzysztofa Chalika przedstawiające każdy z zespołów na tle arktycznych krajobrazów.
Na falach Radia Shanties
Najciekawszy pod względem reżyserii był dla mnie piątkowy koncert nocny, poświęcony 45-letniemu dziedzictwu festiwalu i stylizowany na audycję radiową. Podczas gdy panowie z zespołu Klang prowadzili konferansjerkę na scenie, Katarzyna Wolnik-Sayna oraz goście, którzy przez wiele lat przewinęli się przez jej audycję w Radio Szczecin, uzupełniali koncert swoimi opowieściami i wspomnieniami na odtwarzanych archiwalnych nagraniach. Dzięki magii radia mogliśmy usłyszeć nie tylko uczestników koncertu, m.in. Marka Szurawskiego i Mirosława Kowalewskiego, ale także osoby, które odeszły już do Hilo, takie jak Janusz Sikorski, Andrzej Mendygrał oraz… Dominika Żukowska (choć przypuszczam, że w tym przypadku nikt z twórców programu nie spodziewał się, że nagranie to zyska zupełnie nowy wymiar). Skład na scenie też był zresztą naprawdę mocny. Choćby takie Cztery Refy, szantowa legenda, stanowią dla mnie ewenement w tym sensie, że cały czas wykonują ogromny procent utworów ze swojej czterdziestoletniej historii. Kiedy człowiek jeździ na kilka festiwali szantowych w roku, z całkiem sporym prawdopodobieństwem może już typować, jakie utwory usłyszy, tymczasem Refy nieustannie zaskakują mnie czymś, czego dawno już nie słyszałam. Także Ryszard Muzaj sięgnął zresztą w tym roku do archiwum Starych Dzwonów, m.in. by przypomnieć nieco już zapomniane „Tango zejmana” Jerzego Porębskiego. Miło było usłyszeć znów Witolda Zamojskiego, który przywiózł do Krakowa nową zwrotkę kultowej już „Umbriagi” oraz piosenkę premierową, zatytułowaną „Portowe tawerny”. Ale największą atrakcją koncertu – jak w zasadzie co roku – był dla mnie występ tym razem sekstetu smyczkowego pod kierownictwem Tadeusza Melona. Największe przeboje „Shanties” w nowych, instrumentalnych aranżach brzmią fascynująco.
Bitwa morska pod Sukiennicami
Kolejną z shantiesowych tradycji jest sobotni koncert na Rynku Głównym. Dotychczas jego gospodarzem był Męski Chór Szantowy „Zawisza Czarny”, w tym roku na przeszkodzie stanęła jednak konieczność jego udziału w próbie przed niedzielnym koncertem symfonicznym. I tak rola propagatorów piosenki żeglarskiej wśród turystów na krakowskim rynku przypadła zespołom Banana Boat oraz Klang. A że oba te składy słyną z poczucia humoru, koncert przekształcił się w pewnym momencie w regularną szantową bitwę. Improwizowane słowne przepychanki do melodii klasycznej szanty „Cheerily Man” były przezabawne – kto nie słyszał, niech żałuje! Wymuszona zmiana wyszła więc moim zdaniem znakomicie i nie miałabym nic przeciwko, żeby w kolejnych latach obok chóru częściej pojawiały się w koncercie plenerowym także inne zespoły. W końcu im różnorodniej, tym lepiej.
Tylko wariat pije pół…
Taki tytuł nosił sobotni koncert popołudniowy. Mimo wysokoprocentowego motywu przewodniego było jednak całkiem grzecznie. Wprawdzie EKT Gdynia zapewniło mocniejsze uderzenie, ale z kolei zespoły takie jak Formacja czy Flash Creep znów uspokoiły nastroje, wnosząc do koncertu nutkę liryki. Występ tego ostatniego składu w ogóle był tym razem wyjątkowo nastrojowy. Ku pamięci Dominiki Żukowskiej wybrzmiał od lat już niegrany „Dziwny skrzypek” (napisany po śmierci Józka Kanieckiego z zespołu Smugglers). To przepiękny utwór i wspaniale było znów go usłyszeć, choć szkoda, że w tak smutnych okolicznościach. Ale największym prezentem od Flash Creep był dla mnie tego wieczora powrót „Emigranta” w polskim przekładzie Mariusza Bartosika. Ta piosenka zachwyciła mnie wiele lat temu na „Kopyści” w wykonaniu Piotrka Łuczaka. Teraz powróciła do Zuzy, która zaśpiewała ją po prostu fe-no-me-nal-nie. Trzymajcie ze mną kciuki, żeby trafiła już na stałe do flaszkowego repertuaru. A jeśli już o powrotach mowa, to bardzo ucieszyło mnie także „Wrócić do Derry” z pierwszej płyty Sąsiadów. Też bardzo dawno nie słyszałam tego utworu, a jest przepiękny.
Pomiędzy występami artystów duet prowadzących w osobach Jacka Jakubowskiego i Krzysztofa Jurkiewicza raczył widownię przeróżnymi ciekawostkami na temat alkoholu, co stanowiło ciekawy i zaskakująco edukacyjny przerywnik. Słyszeliście na przykład o… nalewce z myszy? Jedyne, do czego mogłabym się na tym koncercie przyczepić, to grafiki w tle, które jeśli nie wszystkie, to w większości były wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Momentami zamiast patrzeć na palce muzyków na scenie, liczyłam palce postaci na ekranie – i nie zawsze było ich po pięć u każdej dłoni. Poza tym – i cóż, mam świadomość, że zabrzmię teraz być może jak stary zgred – widok „twórczości” AI w kontekście, gdzie zwykle, także na sąsiednich koncertach, pojawiały się jednak wytwory człowieka, jakoś tak mnie raził. Wiem, że w internecie można już znaleźć „szanty” generowane przez sztuczną inteligencję, i jakkolwiek szanuję to narzędzie jako użyteczne wsparcie, to czuję jakiś taki sprzeciw wobec zastępowania nim ludzkiej kreatywności. Jestem przekonana, że większość z nas nie chciałaby słuchać „szant AI” w miejsce wykonań naszych artystów. I dlatego też, choć technologia idzie bez wątpienia do przodu i już wkrótce statki i marynarze od AI będą nie do odróżnienia od prawdziwych, wolałabym w przypadku oprawy festiwali oglądać wytwory rąk ludzkich, choćby i niedoskonałe, ale jednak tworzone z sercem.
Karaibskie marzenia
Patronką sobotniego koncertu nocnego była Monika Szwaja i jej książka „Zatoka trujących jabłuszek”, inspirowana pewnym rejsem po Brytyjskich Wyspach Dziewiczych, który pisarka odbyła na jachcie „Shanties” należącym do pierwszego dyrektora krakowskiego festiwalu Jacka Reschke. Opowieści i wspomnienia tego właśnie kapitana były dodatkową atrakcją koncertu. Prowadzący: Paweł Jędrzejko i Paweł Delikat, usadowieni pod słomianym parasolem, sącząc drinki, przepytywali jego i pozostałych gości o ich rejsy, karaibskie i nie tylko. Ale oprócz zabawnych momentów było też nastrojowo. Zadbali o to choćby The Nierobbers, a także Arek Wlizło, który poruszył chyba wszystkie serca pięknym wykonaniem „Spaceru” w hołdzie Dominice Żukowskiej. I może właśnie połączenie wspomnień o tych, którzy odeszli, ze wspomnieniami z rejsów, dodatkowo akcentowanymi pięknymi karaibskimi zdjęciami w tle, sprawiło, że wracałam z tego koncertu w takim dziwnym stanie słodko-gorzkiej zadumy. Patrząc na te fotografie, nietrudno było sobie wyobrazić, że widoczne na nich Monika Szwaja i jej towarzyszki przeżywały tam swoją przygodę życia. I tego chyba trzeba sobie i nam wszystkim życzyć – żebyśmy jeszcze zdążyli przeżyć tę swoją przygodę, czy to pod palmami, czy „w grenlandzkich lodach”, a może w ogóle w górach, na scenie czy jeszcze gdzie indziej. Koncert miał być o Monice i Karaibach, ale dla mnie był przede wszystkim o spełnianiu marzeń.
Sąsiedzi grają już 25 lat
Niedzielny koncert szanty klasycznej był w tym roku poświęcony obchodom srebrnego jubileuszu zespołu Sąsiedzi – stąd i jego tytuł „Węgiel, pył”, sugerujący odniesienie także do innych niż marynarskie pieśni pracy. Jubileusz był to stosunkowo skromny, za to koncert – fenomenalny. Sąsiedzi otworzyli go naprawdę mocnym akcentem – premierowym wykonaniem „Pieśni wojów Bolesława Krzywoustego”, pierwszy raz zapisanej w kronice Galla Anonima, a współcześnie najbardziej kojarzonej z Czesławem Niemenem. Ach, co to było za wykonanie! Przy zgaszonych światłach, bez żadnych zbędnych wstępów, pełną parą siedmiu głosów. Miałam ciarki.
Jak to bywa z jubileuszami na „Shanties”, ilość świętowania zależy zwykle od reżysera koncertu, a że Sąsiedzi byli tutaj także gospodarzami i konferansjerami w jednym, wykazali się skromnością i prezenty oraz niespodzianki przygotowali dla gości – i widzów – a nie dla siebie. Każdy z występujących na scenie wykonawców został na przykład przywitany kreatywną przeróbką jakiejś własnej piosenki, przedstawiającą w humorystyczny sposób jego dokonania. Zespół North Cape odwdzięczył się szanownym jubilatom prezentem równie zresztą zabawnym, bo podręcznym zestawem sąsiada, obejmującym takie niezbędne zapasy jak cukier, mąka i sól. Największym prezentem dla fanów Sąsiadów była natomiast premiera długo wyczekiwanej nowej płyty zespołu, zatytułowanej „Folk wielki jak świat”. Tytuł bardzo trafny, bo krążek zawiera niezwykle zróżnicowany repertuar, do czego zresztą Sąsiedzi od dawna już przyzwyczaili nas na swoich koncertach. I tym razem było nie inaczej – od wspomnianej „Pieśni wojów” czy czeskiej „Bóg w nas”, przez „Port Amsterdam” Jacquesa Brela, po – rzecz jasna – szanty klasyczne, jak „Pull Down Below” i „Sun Down Below”, no i oczywiście nieśmiertelną „Keję”, która tylko w tej aranżacji rzeczywiście staje się szantą. Poza gospodarzami skład koncertu był zresztą równie mocny – Cztery Refy, Banana Boat (z „Going Back to Weldon”, pieśnią, która, wykonana w języku śląskim, stała się piosenką o katowickiej hucie „Baildon”), North Cape (i kolejna „przemysłowa” pieśń pracy – „Byker Hill and Walker Shore”) oraz Perły i Łotry. Dziwnie tylko było po raz pierwszy od dawna nie usłyszeć w koncercie klasycznym Męskiego Chóru Szantowego „Zawisza Czarny”, który przygotowywał się już do następnego, bardzo wyjątkowego wydarzenia, czyli…
„Shanties” symfonicznie
Pomysł na to wydarzenie narodził się w głowie Tadeusza Melona przed trzydziestoma laty, jednak jego rozmach sprawił, że musiał zaczekać na realizację aż do 45-lecia festiwalu „Shanties”. Gościnne mury Filharmonii Krakowskiej, najprawdziwsza orkiestra symfoniczna, chór i szantymeni wypuszczeni na zupełnie nowe, nieznane wody. Pomysł iście karkołomny, ale kiedy zabrali się za niego tacy ludzie jak Tadeusz Melon i dyrygent Zbigniew Graca, po prostu musiało się udać. Czy były to mistrzowskie wykonania? Nie do końca, niektórych zjadła trema, podejrzewam też, że prób nie zdołano też przeprowadzić dostatecznie dużo. Ale żadne z drobnych niedociągnięć absolutnie nie przeszkadzało mi w odbiorze całości, która była od początku do końca magiczna. Mogłoby się wydawać, że piosenka żeglarska, kojarzona zwykle z prostymi ludźmi śpiewającymi gdzieś na pokładzie lub w portowej tawernie, nie może po prostu wpasować się w dostojne mury filharmonii. Tymczasem przeboje takie jak choćby „Lowlands Low”, „Samantha”, „Hiszpańskie dziewczyny”, no i „Gdzie ta keja”, zaaranżowane na tę okazję przez Tadeusza Melona, zabrzmiały w wersji symfonicznej w zupełnie nowy, niesamowicie ciekawy sposób. Myślę, że spore brawa należą się tutaj także dyrygentowi, który wyraźnie podszedł do żeglarskiego materiału z pełną powagą i szacunkiem – a nawet nucił pod nosem refreny razem z widownią. Bo tak, może i początkowo byliśmy nieco onieśmieleni, ale shantiesowa publiczność to publiczność doświadczona i zahartowana w niejednym sztormie – już wkrótce klaskaliśmy i śpiewaliśmy równie entuzjastycznie jak w Kinie Kijów. Nie jestem pewna, czy orkiestra spodziewała się takiej reakcji, ale Zbigniew Graca bardzo szybko podłapał i nawet zaczął od czasu do czasu dyrygować też publicznością.
Koncert był podzielony na dwie części. Pierwsza, otwarta przez Piotra Zadrożnego kultową już piosenką Jerzego Porębskiego „Krakowskie szanty”, należała w całości do Starych Dzwonów, ze względu na okoliczności reprezentowanych jedynie przez Marka Szurawskiego i Ryszarda Muzaja. W programie zaplanowane były również cztery piosenki z repertuaru Andrzeja Koryckiego i Dominiki Żukowskiej. Śmierć Dominiki przekreśliła te plany, a utwory zostały wykonane w wersji instrumentalnej, z partiami wokalnymi zagranymi przez Krzysztofa Kowalewskiego na gitarze, Tadeusza Melona oraz dwie młode skrzypaczki z orkiestry: Amelię Stefańską i Gabrielę Wróblewską. I to właśnie te dwie ostatnie w przepięknym stylu i niezwykle skutecznie za sprawą „Życzeń noworocznych” doprowadziły niemalże całą salę do łez. Bez wątpienia przyczyniły się do tego także absolutnie przepiękny aranż, a także jakże wymowne puste krzesło z samotną białą różą. Było w tym momencie coś magicznego – to poczucie wspólnoty, kiedy po prostu wiesz, że dziesiątki osób wokół ciebie przywołują właśnie te same wspomnienia i przeżywają te same emocje. Coś podobnego zdarza się może czasem na koncercie czy w teatrze, ale zazwyczaj jednak różne rzeczy inaczej rezonują z widzami, z których każdy odnosi je do własnych doświadczeń. Tutaj doświadczenie wszyscy mieliśmy to samo – ogromny żal po odejściu osoby, która czarowała nas z tej żeglarskiej sceny od lat i odeszła zdecydowanie zbyt szybko. I może to sprawiło, że ten moment w całym swoim bezsprzecznym smutku był zarazem tak piękny i że ten wspólny płacz pod sceną i na scenie stanowił swoiste katharsis. Nic dziwnego, że piosenka zakończyła się kilkuminutową owacją na stojąco – dla orkiestry, a zwłaszcza skrzypaczek, panów Melona i Gracy, a przede wszystkim dla samej Dominiki. Te wszystkie emocje po prostu musiały znaleźć ujście.
W drugiej części koncertu do orkiestry dołączył Męski Chór Szantowy „Zawisza Czarny”, który dzięki doskonałej akustyce budynku filharmonii zabrzmiał z jeszcze większą mocą niż zwykle. Soliści natomiast zmieniali się z piosenki na piosenkę, by wykonać największe przeboje z 45 lat „Shanties”. I tak pojawiły się między innymi „Samantha” zaśpiewana przez Kovala, który jako jeden z nielicznych nie wydawał się ani trochę speszony filharmonią i orkiestrą za swoimi plecami, „Marco Polo”, podczas której Sławomirowi Klupsiowi towarzyszył Paweł Klin na banjo, oraz „Northwest Passage” w wykonaniu samej autorki polskiego tekstu Doroty Potoręckiej. Jedynym z ważnych dla polskiej sceny szantowej wykonawców, którego przedstawiciela mi tutaj zabrakło, były Cztery Refy, zwłaszcza że w koncercie pojawiły się aż dwie ich piosenki – „Fiddler’s Green”, tu zaśpiewana przez kapitana Mieczkowskiego, oraz kultowe „Pożegnanie Liverpoolu”.
Choć soliści dali z siebie wszystko, największymi gwiazdami koncertu była dla mnie tutaj młodzież z Orkiestry Kameralnej Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia im. Fryderyka Chopina w Sochaczewie. Oni też nie mieli zresztą łatwego zadania. Jak wokaliści występujący na co dzień w małych składach lub w ogóle solo i tylko z towarzyszeniem własnej gitary musieli nauczyć się współpracować z orkiestrą, tak młodzi muzycy musieli wejść w zapewne większości z nich nieznany świat piosenki żeglarskiej i do tego zmierzyć się z wielką sceną i wcale niełatwym materiałem opracowanym po mistrzowsku przez Tadeusza Melona. Udało się świetnie i myślę, że obie strony wyszły z tego wydarzenia bogatsze o cenne nowe doświadczenia. Nie dziwi mnie ani trochę, że dyrektor „Shanties” Krzysztof Bobrowicz na zakończenie koncertu wręczył orkiestrze Grand Prix krakowskiego festiwalu. Mimo że w tym roku z racji na obchodzony jubileusz nie było wyjątkowo żadnego z konkursów, nagroda ta należała się młodzieży bez cienia wątpliwości. Chwaląc autora, wykonawców i dyrygenta, muszę wspomnieć też o prowadzącej koncert Agnieszce Maciejewskiej, na co dzień prowadzącej podcast „Póki żagle białe”, której spokojna, wyważona i merytoryczna konferansjerka doskonale współgrała z powagą wydarzenia.
Czas na finał
Koncert finałowy otworzyły Perły i Łotry jeszcze jednym poruszającym hołdem w postaci piosenki „Szewska córa”, nagranej kiedyś przez Dominikę Żukowską na płytę Prawdziwych Pereł „Na wygnaniu”. Płynący z głośników delikatny głos Dominiki sprawił, że znów niejednemu zaszkliły się oczy, podczas gdy Perły pięknie dośpiewały na żywo ostatni refren. Wśród ciekawszych momentów ostatniego koncertu zdecydowanie muszę też wymienić „Oleannę”, którą po raz pierwszy usłyszałam tu w wykonaniu Ryczących Dwudziestek. Ta satyryczna piosenka o pewnej norweskiej osadzie w Stanach Zjednoczonych, świetnie przetłumaczona jakiś czas temu przez Jarka Tomczyka, zyskała w wersji Ryczących zupełnie nowe, interesujące brzmienie. Ciekawym pomysłem, a wydaje mi się, że dosyć spontanicznym, było także połączenie Jolanty Gackiej, Pawła Hutnego i Piotra Zadrożnego w trio, którego występ zamknął koncert finałowy. Paweł (który otrzymał w tym roku z rąk Arka Wlizły zaproszenie na koncerty w USA i Kanadzie ufundowane przez żeglarską Polonię) zaśpiewał własną, bardzo nastrojową piosenkę „Zgubieni w bezczasie jezior”. Jola brawurowo wykonała „Na całych jeziorach ty” Agnieszki Osieckiej. Piotr zaś – polską wersję „French Perfume” zespołu Great Big Sea, która spodobała mi się w jego wersji znacznie bardziej od oryginału. Tym sposobem dostaliśmy na to zakończenie cudną namiastkę koncertu balladowego, który otworzył festiwal. Bardzo trafiony pomysł i jak dla mnie mógłby się powtarzać co roku. Fajnym elementem na finał były także wyświetlane w tle zdjęcia z poprzednich koncertów tegorocznych „Shanties”. Podziwiam Mariusza Bartosika za szybkość, z jaką musiał wybrać i obrobić te fotografie. A to zaskoczenie, kiedy mogliśmy zobaczyć na ekranie samych siebie – bezcenne.
I to już koniec, pozostaje tylko zwinąć żagle i cierpliwie czekać na kolejny rok. I mieć nadzieję, że ta 46. edycja „Shanties”, mimo nieodzownych wspomnień o tych, którzy odeszli w tym roku (w momencie pisania tego artykułu otrzymałam także smutną wiadomość o śmierci Wojciecha „Sępa” Dudzińskiego), okaże się jednak weselsza. Bo że będzie stała na równie wysokim poziomie – w to nie wątpię.
