Z cygańską duszą

Józka Kanieckiego wspomina "jachu"
Felietony Krzysztof Janiszewski 11 stycznia 2013
Józek Kaniecki Fot. Kamil Piotrowski
Siedem lat temu, dziesiątego stycznia, świat szantowy obiegła wiadomość o jego nagłej śmierci. Nikt nie mógł w to uwierzyć. Dwa dni wcześniej grał dla WOŚP w gdyńskim Contrast Cafe, rozmawiał, śpiewał. Jak zawsze wszędzie go było pełno. Kochał muzykę i nie bał się eksperymentów. Był dobrym człowiekiem i sprawdzonym przyjacielem. Dziś miałby 48 lat.

…10 stycznia 2006, w drodze z Gdańska do Jastarni, jestem gdzieś między Rumią a Redą… telefon od Jacka Jakubowskiego: "… Józek nie żyje…".  Dzwonię do Stłukli - ciężko to przyjął (później tego wieczora, w czasie koncertu Kochanków Sally Brown w Contraście, siedział w rogu i płakał  "do piwa"…).

Jakieś 30 kilometrów dalej, na półwyspie, zatrzymałem się na jednym z parkingów nad Zatoką - piękna wyżowa pogoda, mróz i słońce, które właśnie zachodziło nad wodą… pamiętam, że pomyślałem wtedy (wiem, że to kicz i banał), że być może i Józek spojrzał tego dnia na słońce tak, jak ja to w tej chwili zrobiłem i że to ostatni raz, bo jutro już się taka rzecz nie powtórzy... i już nigdy więcej…

Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć Józka Kanieckiego w czasie "after party" po kolejnym dniu żeglarskiego festiwalu Bałtyckiego (był to przełom czerwca/lipca 1989 albo 1990 r). Bawiliśmy się w klubie Marynarki Wojennej "Riwiera" - pamiętam m.in. ludzi z grupy tanecznej "Matelot". Siedzieliśmy przy jednym długim stole, po którym nagle, wypadłszy zza zakrętu, przeleciał, nie bacząc na stojące na nim jadło i napitki, jakiś wariat grający na skrzypcach (scena rodem z filmu "Hair", gdzie podobne harce wyczyniał Treat Williams). Zawrócił i pognał z powrotem, nie przerywając grania. I tyle go wtedy widziałem…

Poznałem go dopiero w lutym 1991, kiedy zagraliśmy po raz pierwszy z perkusją na "Shanties" -najwyraźniej spodobało mu się takie granie, bo podszedł do nas żeby się "zakolegować". Siedzieliśmy wtedy w przylegającej do "Korony" sali klubowej, razem z Wojtkiem Ossowskim (jurorem w tej edycji festiwalu) - rozmawialiśmy o dopiero co zakończonym koncercie, który był dla nas z wiadomego względu bardzo ekscytujący. Jeden z obsługujących festiwal ludzi niósł skrzynkę piwa "Zipfer". W tym czasie był to raczej rarytas, toteż zapytaliśmy młodzieńca, czy nie mógłby nas poczęstować. Odpowiedział, że to piwo dla Jury, a wtedy do akcji wkroczył Wojtek O. mówiąc krótko: "Ja jestem z Jury” (zresztą zgodnie z prawdą). Skrzynka została przy nas co wszystkim było na rękę. Być może to też skłoniło Józka do szybszego zapoznania się z nami.

Jakim człowiekiem był Józek? Na ile - przez te 15 lat wspólnego grania, przebywania, zespołowej przyjaźni - go poznałem? Pierwsze, o czym się miałem przekonać to jego pracowitość. Robiliśmy dość dużo prób (myślę, że 1-2 w tygodniu, czy to w NOT czy to w kinie "Grom", albo gdzieś indziej) - Józek miał zawsze swoje skrzypcowe partie rozpisane i ograne. Poza próbami spotykaliśmy się u mnie w akademiku a jeszcze częściej w domu Józka na Witominie, gdzie słuchaliśmy folkowej muzyki i o niej rozmawialiśmy.

Po tych spotkaniach Józek ciągał mnie po Trójmieście, najczęściej do SPATIFu lub do Kasyna w sopockim Grand Hotelu, ale także do gdańskiego "Żaka". Tam miałem okazję posłuchać wielu ówczesnych, trójmiejskich muzyków i oswoiłem się trochę z cygańskim trybem życia jaki wtedy wiódł Józek. Miało to odbicie w jego grze - swoboda, polot i improwizacja nie były mu obce. Z czasem okazało się, że owa "cygańska dusza" okaże się brzemienna w skutki - profesorowie w gdańskiej Akademii Muzycznej nie tolerowali u Józka tej maniery. Ale to właśnie wspomniana pracowitość pomogła mu pokonać ten problem i zdobyć dyplom akademii.

Był wulkanem pomysłów. Na pewno pomagała mu w tym zdobyta wcześniej wiedza muzyczna, ale też ta sama wiedza nie ograniczała go jak to się nieraz zdarza. Józek znał wiele form/technik ale potrafił wyjść poza nie. Muzyka folkowa z Wysp Brytyjskich znalazła w nim wiernego słuchacza, inspirowała go i utwierdzała w przekonaniu, że można i warto mieszać style i eksperymentować, bo przez to muzyka - nie tylko ta folkowa - staje się bogatsza.

Miał duży dystans do siebie jako muzyka i do swoich umiejętności muzycznych, pomimo bardzo wielu pochwał z jakimi się spotykał. Potrafił przyznać co mu źle wychodzi, czego w ogóle nie da rady zagrać, a gdzie "oszukuje" grając. Słuchał innych skrzypków/skrzypaczek i często ich chwalił. Pamiętam jak usłyszeliśmy, będąc w okolicach Małej Sceny, występ ANKH z Michałem Jelonkiem, na dużej scenie w Jarocinie. Mimo, że Józek nie widział jak Michał gra ani przecież go wtedy nie znał, szybko stwierdził, że to jakiś wirtuoz - zresztą sama koncepcja klasyki na rockowo też się Józkowi spodobała.

Na koniec dodam jeszcze, że był serdecznym i pomocnym facetem - nie ważne czy kogoś znał czy nie - łatwo nawiązywał znajomości. Ciężko było go wyprowadzić z równowagi. Mnie się to nie udało choć parę razy się "starałem". Za to kiedy on mnie pewnego razu doprowadził do szewskiej pasji (w czasie jednej z białostockich "Kopyści") i zdrowo go objechałem, to przyjął to ze stoickim spokojem i na chłodno przemyślał moje "uwagi" - to tylko spowodowało, że tym bardziej żałowałem swojego zachowania.

I choć później proza życia ale też i inne fascynacje muzyczne zmusiła Józka do grania nie tylko w Smugglers i Szeli, to do końca czułem, że na scenie  wciąż tworzymy zespół, że muzyka folkowa nadal nas pochłania i fascynuje. Tak było też w niedzielę 8 stycznia 2006, w czasie WOŚP-owego koncertu "Smagli" w Contraście. Józek był w swoim żywiole, grał i śpiewał, a w przerwach licytował różne przedmioty - takim właśnie dobroczynnym koncertem zamknął się pewien rozdział w życiu zespołu, któremu Józek podarował tyle ile mógł i jeszcze więcej.

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Twoje konto

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy