Wśród brązowych żagli

Festival du Chant de Marin 2011
Relacje Kamil Piotrowski 5 lipca 2013
10 Festival du Chant de Marin Paimpol 2011 Fot. Kamil Piotrowski
Jak już wiecie, w tym roku na festiwal do Paimpol wybierają się Indygo i Qftry. By przybliżyć wam nieco to, co ich czeka, pokazać jaki to festiwal, oddać trochę jego klimat, poniżej publikuję moją relację, która ukazała się w Magazynie Żagle w 2011 r, zaktualizowaną nieco oraz uzupełnioną o parę informacji, wrażeń, które w Żaglach się już nie zmieściły, bo jak mawia pan Jerzy, papier nie guma.

Na świecie są dwa festiwale, na których każdy miłujący pieśni morza powinien choć raz w życiu się znaleźć. Pierwszym jest amerykański „Sea Music Festival” w Mystic Seaport, który miałem okazję odwiedzić w tym roku, drugim „Festival du Chant de Marin” w Paimpol, w północnej Bretanii. Odwiedziłem go latem 2011.

Paimpol to mały port rybacki, w którym 20 lat temu, grupka zapaleńców postanowiła zorganizować festiwal pieśni morskich. Od tamtego czasu odbyło się 10 edycji (impreza odbywa się co 2 lata), które gościły tysiące wykonawców, dwa razy tyle łodzi i ponad setkę tysięcy odwiedzających rocznie. Dla małego, cichego miasteczka festiwal stał się atrakcyjnym i wspaniale promującym go wydarzeniem. Przynosi też kasie miasta spore dochody. Z kolei dla miłośników bretońskiej kultury, morskich pieśni i muzyki folkowej jest obowiązkowym przystankiem na mapie letnich, europejskich festiwali.

Ostatnia edycja była wyjątkowa pod kilkoma względami. Po pierwsze festiwal odbywał się po raz dziesiąty - jubileuszowy. Po drugie, gospodarze - grupa Les Souilles de Fond de Cale (w tym roku byli znów w Polsce) obchodziła swoje dwudziestolecie, a jako gości honorowych zaprosiła na scenę m.in. zespoły z… Polski, i po trzecie była to edycja, na którą znów dotarła mocna grupa polskich wykonawców, aż trzy zespoły mające folk morski w repertuarze, Banana Boat, Indygo i Sąsiedzi (tak było też w 2005 r.).

Impreza zaczynała się już w czwartek (11.08.2011) od powitania jednostek, które przybyły na festiwal. Choć maleńki port był już prawie pełen, i wydawało się, że nie można już nigdzie przycumować, łodzie przez godzinę wpływały jeszcze do basenu portowego. Czego tam nie było. Od małych żaglówek, nawet łodzi wiosłowych, przez większe łodzie motorowe, tradycyjne bretońskie łodzie rybackie, większe szkunery, po duże jednostki, takie jak na przykład replika pirackiego okrętu. Las masztów, a przede wszystkim charakterystyczne dla bretońskich łodzi, brązowe żagle, których nawet na czas cumowania w porcie nie opuszczano, robiły wrażenie.

Choć ostatnimi laty festiwal w Paimpol przesunął się tematycznie bardziej w kierunku muzyki folkowej, a nawet muzyki świata, szanty zostawiając nieco z boku (w 2011 roku motywem przewodnim była muzyka celtycka), nadal jest to największy z szantowych festiwali w Europie. W 2011 roku, na głównej scenie, w ciągu trzech dni, wystąpiły z pełnymi koncertami tylko dwie grupy mające w repertuarze tradycyjne pieśni pracy (Stormalong John i wspomniani gospodarze). Za to port huczał od morskiego grania i śpiewania. Koncerty bowiem odbywały się na bocznych scenach a także, co jest tu niemal tradycją, przy kei, na pomostach, na ulicy, w pubach i na pokładach wielu łodzi. Muzyka dobiegała niemal non stop i z każdego zakamarku portu.

Do najpiękniejszych koncertów jakich udało mi się wysłuchać podczas festiwalu, a nie było to łatwe, bo liczba wydarzeń przyprawiała o zawrót głowy (przejście przez port, ze sceny na scenę, poprzez gęsty tłum, też zabierało masę czasu), zaliczam występ legendarnej grupy Stormalong John. Koncert miał miejsce w namiocie zwanym „Scena Cabaret”, wypełnionym po brzegi. W repertuarze grupy znalazły się m.in. Weep Jamboree, Liza Lee, Bony Ship the Dimond i oczywiście Stormalong John. Wykonane na żywo… nie do zapomnienia. Niesamowite ile energii, siły i charyzmy tkwi w tych pięciu starszych już panach. Proste wykonanie, niewyszukane harmonie, mocne głosy i tradycyjny repertuar, to siła tej grupy. Nie odpuściłem także koncertu moich przyjaciół, przesympatycznego zespołu Nordet (byli w Polsce w 2005 r.). Przemykając z jednej sceny na drugą, przez 3 kolejne dni festiwalu, udało mi się jeszcze podsłuchać (bo na więcej nie było czasu) m.in. francuskie La Bouline i Les Pirates (ta żeńska grupa a cappella też gościła już w Polsce), holenderskie Armstrong’s Patent (też byli u nas) i Paddy’s Passion. Duże wrażenie zrobiła na mnie kanadyjska grupa Bouradque Celtique, łącząca folk morski z nowoczesnymi brzmieniami. Poza tym wysłuchałem mnóstwo ulicznych prezentacji od wielkich orkiestr typu bagad, po małe dwu, trzyosobowe zespoły.

Jak wspomniałem, jubileuszowa edycja stała pod znakiem muzyki celtyckiej. Dzięki temu miałem okazję na żywo posłuchać grup AltanKila i prawdziwej legendy muzyki irlandzkiej: The Chieftains (moi koledzy z zespołu nawet pojawili się z nimi na scenie w finale - grunt to być we właściwym czasie i we właściwym miejscu).

Ponieważ program był bardzo napięty dla nas, jedyną okazją na spotkanie się z innymi grupami z Polski, były koncerty, na których wystąpiliśmy razem (i wspólne posiłki). Pierwszego dnia stanęliśmy na dużej scenie, im. Stana Hugilla, jako goście koncertu Les Souilles de Fond de Cale. Świętowaliśmy z nimi, śpiewając każdy z wykonawców po 1, 2 piosenki oraz wielki finał na all hands. Druga okazja, to polski koncert ostatniego dnia, w namiocie Scene Cabaret. Zdarzyła nam się tam kolejna z przygód, których nam Matrix nie szczędził na tym wyjeździe. Most zwodzony, którym normalnie dotarlibyśmy w 10 minut na scenę był podniesiony. Obejście portu zajęło nam ponad 50 minut (sic!) - cały nasz czas przeznaczony na próbę. Wpadliśmy zziajani w ostatnim momencie, na 10 minut przed naszym wejściem i wiecie co - 7 minut wystarczyło akustykowi by nas - 6 osób, 7 instrumentów - ustawić, i-de-al-nie!!! Na palcach obu rąk mogę policzyć kiedy grałem w tak komfortowych warunkach, z reguły na zagranicznych festiwalach nie ma z nagłośnieniem żadnych problemów. W Polsce takie festiwale mogę wymienić na palcach jednej ręki. W Paimpol na każdej scenie, od małej po główną, pracowali naprawdę zawodowi akustycy. Człowiek aż rwał się do grania.

Ale jak wspomniałem, dla Sąsiadów ten festiwal to była walka z losem, który płatał nam figle. Zaczęło się (a właściwie nie zaczęło) już pechowo. Podczas pierwszego naszego koncertu, na łodzi w centrum portu (jedyna odkryta scena, ale za to w najlepszym miejscu) lunęła tak potworna ulewa, że nie było szans na koncert. Wyszliśmy co prawda na pokład, zaśpiewaliśmy bez prądu jedną szantę (bo sprzęt profilaktycznie schowano), dostaliśmy aplauz sporej grupy widzów czekających mimo wszystko na nasz występ, uparcie pod zadaszeniami okolicznych knajpek, ale to wszystko, co można było zrobić. Przemoknięci wróciliśmy pod pokład. Ulewa trwała niewiele ponad godzinę (idealnie w czasie naszego setu) i był to jedyny opad deszczu podczas całego weekendu. Przemoczeni, rozczarowani, źli - ruszyliśmy na jubileusz „Sójek”. Humory trochę nam się poprawiły, ale później, za każdym razem, gdy mijałem tą scenę, widząc jak fajnie tam brzmią zespoły (świetne koncerty wieczorową porą Banana Boat, Indygo), patrząc na tłumy ich słuchające… żal się robiło utraconej szansy.

Mieliśmy jeszcze dwa koncerty. Drugi był w festiwalowym pubie Guinness. Coś dla nas. Zwłaszcza, że w ciągu dnia panowała tam wspaniała atmosfera. Wpadali w przerwach wykonawcy, by posłuchać innych, napić się piwa, porozmawiać. Siedziało zawsze dużo ludzi. Liczyłem, że będzie fajny koncert. Ale Matrix czuwał. Gdy weszliśmy tam po północy, nie poznałem pubu. Na sali większość stanowiła „młodzież”, już nie po pierwszym Guinnessie, głośna, nie zainteresowana w ogóle festiwalem, bo przecież przyszli na koncert Simple Minds. To nie była festiwalowa publiczność. Ta, czując co się święci, czmychnęła stamtąd do portu, zanim dotarliśmy. Cóż było robić, ot kolejne wyzwanie. Zagraliśmy jak się dało najlepiej, głównie dla tych, którzy mimo wszystko dla nas pozostali, lekko modyfikujac tylko program koncertu, i nawet ruszyliśmy „młodzież” sprzed kufli, ale łatwo nie było. Dlatego w ostatni nasz koncert włożyliśmy wszystko, bo to była jedyna szansa by pokazać się wreszcie festiwalowej publiczności w pełnej okazałości, że tak powiem. Poza przygodą z mostem, wszystko było idealne, i czułem, że zarówno nam, jak i Bananom i Indygo, śpiewało się tam fantastycznie. Namiot był pełen, publiczność reagowała wspaniale, a po tym koncercie pojawiły się zaproszenia na kolejne festiwale do Francji. Uff, Matrix wreszcie odpuścił.

Trudno jest w artykule oddać słowami klimat tej imprezy. Dużo ludzi, mały port, kolorowe żagle, przebogaty program, bogactwo folkowych brzmień, gwiazdy światowego formatu, wreszcie rozmach samej imprezy - robią wrażenie. Mimo tłumów da się zaszyć przy scenie i posłuchać ciekawych koncertów. Scen dużo, do koloru, do wyboru, koncertów masa, aż trudno jest się zdecydować, gdzie ruszyć, kogo sluchać. Chłonąłem raczej atmosferę, niż konkretne wydarzenia. Ale ogrom to także wada. Trudno się przemieszczać, nie da się wszystkiego wysłuchać, a zespoły pop-rockowe w programie (wspomniany Simple Minds czy nawet Sinead O‘Connor), to już totalna porażka. Widziałem, jak po koncercie celtyckim, cała publiczność opuściła teren sceny głównej, a zapełnili go rock fani. Mieszanie tych światów nie jest dobrym pomysłem. Mnie się nie podoba. Same grupy nie były złe, to gwiazdy, ale przez to przyciągają widzów przypadkowych, nie zainteresowanych muzyką morza, folkiem, festiwalem jako całością.
Zalet jednak jest zdecydowanie więcej niż wad, dlatego co roku walą tam tłumy. Jeśli będziecie w pobliżu polecam i ja, bo w Polsce na taki festiwal długo chyba będziemy jeszcze czekać.

Festival du Chant de Marin, 12-14.08.2011, Paimpol/Bretania

Kup przez internet

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Twoje konto

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy