Jest tylko jeden dobry zespół

Dawno temu z Michałem „Lucjuszem” Kowalczykiem, liderem Spinakerów
Wywiady Kamil Piotrowski 30 kwietnia 2016
Fragment okładki Magazynu Szantymaniak Fot. Tomasz Goliński/Piotr Knap
W tym roku minie 6 lat, odkąd go nie ma. Michał "Lucjusz" Kowalczyk, jedyny jak dotąd, prawdziwy, mazurski, żeglarski bard, zmarł po ciężkiej chorobie 1 maja 2010 roku. Pozostawił po sobie mnóstwo wspaniałych, trafnie oddających mazurską rzeczywistość, piosenek. Który prawdziwy pasjonat wody, będąc nad Wielkimi Polskimi Jeziorami, nie śpiewał choć raz „Na Mazury”, „Białą sukienkę”.

Poniżej przypominam moją rozmowę z Lucjuszem, która ukazała się w papierowym Magazynie Miłośników Pieśni Morza „Szantymaniak” (nr 3 (19)/2007), który wydawałem w latach 2004-2009. Rozmowa odbyła się w maju 2007 r, jesienią „Lucjusz” doznał udaru i przeleżał w łóżku wiele miesięcy. Być może jest to ostatnia, zapisana z nim rozmowa.

Twój pierwszy kontakt z Mazurami?

To było gdzieś w latach 70. Byłem wtedy studentem. Ktoś zaprosił mnie na łódkę i pływałem sobie cały miesiąc, ale nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, bo ja nie mam miłości od pierwszego wejrzenia (śmiech).

A jak się zaczęło Twoje „poważne” śpiewanie?

Przypadkiem. Ja nigdy nie planowałem „kariery”. Jestem skromnym człowiekiem, który coś tam sobie napisał. Kiedyś znajomi, dla zabawy, wypchnęli mnie na scenę. Spodobało się i słuchaczom, bo śpiewałem o nich: jak chleją, żeglują, bawią się, i jurorom kilku festiwali, bo uznali mój prześmiewczy komentarz mazurskiej rzeczywistości za godny paru nagród.

Co się na Mazurach zmieniło od tamtego czasu?

Przybyło łódek, ludzi. Zniknęły wielkie państwowe ośrodki z klubami żeglarskimi, a powstały prywatne „stajnie” czarterowe. Kiedyś łódek prywatnych na Mazurach było tak mało, że ich właściciele byli ogólnie znani. Był inny klimat, ludzie się spotykali, zapraszali do wspólnego cumowania, śpiewania. Przekazywali sobie z ust do ust przydatne informacje, np. gdzie i kiedy w sklepie pojawi się chleb. Dzisiaj często słyszy się, żeby „nie cumować, bo nie ma miejsca”. Pewne „klimaty” już odeszły, są za to nowe, inne.

Czy to prawda, że jest coraz mniej szant na Mazurach?

To jakaś bzdura! Ten kto tak twierdzi chyba nigdy tu nie był. Co noc słychać śpiewy. W każdym porcie znajdzie się ktoś z gitarą. Coraz więcej zespołów tu grywa. Powstają nowe piosenki. Szant jest na Mazurach coraz więcej.

Miejsca magiczne na Mazurach to…

Dla mnie takim miejscem jest Sztynort. Bardzo go lubię. Przez 15 lat prowadziłem tam obozy żeglarskie i chętnie tam wracam.

Jak zareagowałeś zatem na zamknięcie kultowej „Zęzy” w Sztynorcie?

Są tacy, co mówią, że źle się stało. Ja nie zareagowałem, bo rzadko tam bywałem, chyba tylko z latarką, zaganiając moich kursantów z powrotem do obozu (śmiech)... Lokal zresztą się nie zamknął
tylko przeniósł. Nadal ponoć obsługują tam za barem te same panie.

Prowadziłeś obozy, szkoliłeś młodych – jak oceniasz dzisiejszych mazurskich żeglarzy?

Fatalnie. Kiedyś kursy żeglarskie trwały dwa tygodnie z dużą liczbą godzin teoretycznych. Dziś panuje tendencja, by szkolić szybko i od razu na wodzie, przez praktykę. No i coraz więcej jest zderzeń, zatonięć jachtów. Ludzie nie wiedzą jak się na wodzie zachować, już nie mówię o kulturze, ale o bezpieczeństwie.

Nie ciągnęło Cię na morze?

Byłem parę razy na morzu, ale wolę jeziora, bo na morzu dwie łódki rzadko mają okazję spotkać się burta w burtę (śmiech).

Podobno napisałeś już ponad 100 piosenek, wiesz dokładnie ile?

Ponad 150, ale nigdy nie liczyłem. Nie wiem ile ich jest.

Przyjemne momenty tej „popularności” Twoich piosenek to…

Wielką radość sprawia mi, gdy słyszę jak ktoś obcy śpiewa gdzieś moje piosenki. Chętnie się wtedy przysiadam, obserwuję jak ludzie się bawią, śpiewają. Cieszę się i śpiewam razem z nimi i nie przeszkadza mi wtedy nawet to, że przekręcają słowa. To zabawne, że nie zdają sobie sprawy, iż
słucha ich autor tych piosenek.

Wydawnictwo MTJ właśnie wydało kolejną płytę Spinakerów, czy mógłbyś przybliżyć Czytelnikom to wydawnictwo?

Nie jest to żaden nowy materiał. Na tej płycie znalazły się piosenki, które zarejestrowaliśmy w 1998 roku w warszwskim Studiu Oko. Materiał ten wydano na kasecie nr 5. Wydawnictwo MTJ zremasterowało te nagrania i wydało je właśnie na płycie CD, która nosi tytuł: „Żeglarze portowi”.

A kiedy w takim razie możemy się spodziewać nowego materiału?

Właśnie nad nim pracujemy. Chcieliśmy zdążyć go wydać przed wakacjami, ale się nie udało, więc chyba dopiero na jesień. Będzie to podwójny album. Znajdą się na nim 34 piosenki autorskie, nigdzie dotąd niepublikowane (jedna była już na kasecie nr 4, ale tu nagrywamy ją w całkiem innej wersji). Do płyty dołączony będzie także śpiewnik.

W jakim składzie obecnie występuje zespół Spinakery?

Oprócz mnie są jeszcze: Andrzej „Flacha” Ligocki – śpiew, gitara, Sławek „Bławek” Błachnio – skrzypce, Paweł Zakrzewski – gitara basowa i Piotr Zakrzewski – klarnet.

Co można znaleźć na Twoich półkach z płytami? Czego słuchasz w domu najchętniej?

Jest tylko jeden dobry zespół – The Rolling Stones. Nie ma nic lepszego. Jeśli znasz angielski, wsłuchaj się w to, o czym oni śpiewają. Reszta to marni naśladowcy.

To pewnie spotkamy się na ich koncercie, który niebawem?

Chętnie, ale niestety nie wiem, czy będę wtedy w Warszawie.

Dziękuję za rozmowę

 

Jego sylwetkę przybliżyłem nieco w tym artykule, a ta piosenka chyba mi się najbardziej z nim kojarzy - „A ja wiatr”...

 

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Twoje konto

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy