Ciągle jedziemy do przodu

Rozmowa z Andrzejem Grzelą z Ryczących Dwudziestek
Wywiady Rafał Chojnacki 31 maja 2013
Andrzej Grzela Fot. Kamil Piotrowski

Ryczące Dwudziestki są zespołem, który towarzyszy w rejsach kolejnym pokoleniom żeglarzy. Pomyśleć, że kiedy zaczynali, uważano ich za zespół nowej fali piosenki żeglarskiej! Z upływem lat zatarły się jednak granice między nimi, a takimi grupami jak Stare Dzwony czy Cztery Refy. Dziś Dwudziestki tworzą prawdziwy panteon polskiej sceny piosenki żeglarskiej.

Czy pamiętasz jeszcze kiedy i w jakich warunkach odbył się Wasz pierwszy koncert?

Pierwszy koncert formacji zwanej Ryczące Dwudziestki odbył się w 1983 roku w Katowicach na Festiwalu „Tratwa”. Ale w tym samym, no może większym o kilka osób składzie, zespół zdobył I miejsce na Festiwalu Piosenki Żeglarskiej w Mikołajkach, w tym samym roku i to był faktyczne pierwszy występ.

Kto był Waszą siłą napędową w pierwszych miesiącach istnienia zespołu?

Zespół od początku był tworzony przez trzy osoby: Andrzeja Grzelę „Qńę”, Henryka Czekałę „Szkota” i Wojciecha Dudzińskiego „Sępa”.

Z Waszej strony można wywnioskować, że dwa pierwsze wydawnictwa zawierają ten sam materiał. A przecież to zbiór utworów z dwóch pierwszych kaset. Kiedy słucha się ich osobno, to jednak się od siebie różnią. Która z nich była nagrana jako pierwsza, czy możesz naświetlić nieco tę sprawę?

Pierwsza płyta - kaseta i CD - „Top Twenties zawierała właśnie dwadzieścia szant i została wydana przez firmę Takt, ale po roku postanowiliśmy współpracować z firmą Starling z Krakowa, która kupiła od nas prawa autorskie do powyższej płyty i podzieliła ten materiał samodzielnie na dwie płyty. Potem kupiła ten materiał i wydała w całości, pod pierwotnym tytułem, firma Clasic Style. Ale też tam były już jakieś zmiany. W sumie to było już poza nami, bo sprzedaliśmy prawa do tego materiału wiele lat wcześniej i tak już zostało.

Jak to się stało, że kasety zespołu szantowego legalnie wydawali najwięksi polscy piraci fonograficzni tamtych czasów, jakimi byli Takt i Starling?

W latach 90-tych o piratach na rynku fonograficznym było bardzo cicho i dopiero pod koniec lat 90 poważnie wzięto się za ten problem. Wówczas i Takt, i Starling popadły w poważne kłopoty. Takt wydał kasetę i płytę CD, ale faktycznie nie był właścicielem praw, tylko drukował na nasze zlecenie.

Wasz pierwszy przebój to „Hiszpańskie dziewczyny”. Jak doszło do Waszej współpracy z kapitanem Andrzejem Mendygrałem? Pisał wtedy teksty dla najlepszych, a Wy byliście debiutantami.

Faktycznie, „Hiszpańskie dziewczyny” zostały przez nas wylansowane, ale w 1984 roku były zaśpiewane po raz pierwszy przez Waldemara Bocianowskiego z kolegą, jako ballada z tekstem Mendygrała. Andrzej pisał, bo lubił i potrafił, a grał kto chciał, czyli jego koledzy. My zrobiliśmy z tego raczej odezwę, niż balladę, zaraz po pierwszym wykonaniu. I nikt już tego nie zakwestionował w ciągu lat. To był nasz pierwszy mały gwałt (śmiech).

Na czarnej kasecie jest takie nagranie, które do dziś może budzić zdumienie. Chodzi o „Billy Riley/Sally Rocket” - skąd taki pomysł na nietypową wiązankę utworów?

Ten pomysł zrodził się po to, by pokazać prawdziwą szantę, śpiewaną na dziobie i rufie żaglowca! No bo oni, kiedy śpiewali, często się przecież słyszeli. Słychać tam przesuwający się łańcuch podczas pracy przy kabestanie, ale najważniejszy był rytm i pomysł, żeby te pieśni zgadzały się w tempie. Obie szanty oryginalne Szkot zdobył z muzeum, ale już nie pamiętam czy z Irlandii czy USA. Szkot był absolutnym pasjonatem tych pierwowzorów, a połączył to w całość Janusz Olszówka.

Kolejne nietypowe posunięcie w karierze zespołu wywodzącego się z żeglarskiego nurtu, to nagranie płyty z repertuarem gospelowym. Co było powodem sięgnięcia po tę muzykę?

Janusz Olszówka był fascynatem śpiewania chóralnego i gospel. Kiedy się u nas pojawił, parł by zrobić taką płytę. Wcześniej śpiewał w chórze uniwersyteckim w Cieszynie, właśnie gospel. Udowadniał nam, że poprawimy warsztat i lepiej poznamy własne możliwości wokalne, a to dało ogromne możliwości na przyszłość. Mieliśmy dzięki temu okazję zrobienia z tradycyjnych szant - i tak już mocno przez nas zmienianych - nowych utworów muzycznych. I dlatego się na to zgodziliśmy. Porwaliśmy się na ten projekt, nie myśląc o ewentualnych profitach, choć ja martwiłem się wówczas jak to sprzedać.

Macie na koncie również współpracę studyjną z Markiem Szurawskim. Jak wspominasz nagranie tej płyty?

Marek Szurawski od początku był z nami, choć znamy go dłużej niż istnieje kapela. Kiedy odszedł Szkot potrzebowalismy wsparcia duchowego. Zadzwoniłem do Marka i zaproponowałem mu wspólne nagranie kilku szant i pieśni, a on się zgodził. Przyjechał do studia Teatru STU w Krakowie i w ciągu 3 dni nagraliśmy jego partie.

Wielu słuchaczy z rozżewnieniem wspomina koncerty, podczas których rozwinęliście nagle formułę instrumentalną i zaprosiliście do współpracy zespół Shannon. Dlaczego zdecydowliście się jedynie na wydanie singla z częścią tego materiału?

Pomysł z Shannonem nie kończył się na singlu z trzema piosenkami. Po roku wspólnej pracy mieliśmy gotową płytę! Wystarczyło nagrać, tylko to zostało. Wspólny koncert w Krakowie i decyzja jury, że ten projekt nie zasługuje na Grand Prix (rok pracy obu kapel i prawie całkowicie nowy materiał), spowodowała poważne zmniejszenie zapału. I chłopaków z Shannona i mnie to nie dziwi, bo sam oczekiwałem najwyższej oceny i przyzania, że można zrobić coś nowatorskiego. Ale tak się nie stało. Shannon pojechał grać do Malezji, a kasa na studio przepadła, tak jak wiara w sens walki z tak trudnym tematem. Ale mało brakowało. Album „Acappella” jest częściowo materiałem, który miał się znaleźć na naszej wspólnej płycie.

Płyta z piosenkami dla dzieci, to również wydawnictwo dość wyjątkowe, ponieważ przyświeca jej także ekologiczne przesłanie. Jednak dorosła publiczność niewiele wie o okolicznościch powstania tego programu. Czy możesz je przybliżyć?

Joanna Stobierska, pracownik Urzędu Miasta Kraków i wielbicielka szant, zaproponowała nam napisanie i nagranie płyty ekologicznej dla dzieci. Miała ona promować ekologię i recykling wśród przedszkolaków i dzieci z klas I i II. Płyty miały być rozdawane za darmo, jako materiały edukacyjne w gminie Kraków. Powstała książeczka - pisana wierszem, o recyklingu - i płyta „Rejs na czystą wyspę”. Piosenki napisali Wojciech Dudziński i Bogdan Kuśka.

Równolegle powstał też Festiwal Recyklingu na Błoniach, gdzie dzieci miały szansę zaśpiewać o ekologii na dużej scenie. Tak jak zaplanowała Stobierska, tak też się stało. Miasto rozdawało przez kilka lat płyty i książeczki z logiem „Smok Cyryl”, które wymyślił Sęp. Płyt rozdano około 30 tysięcy! O dziwo dziś prawie w całej Polsce śpiewa się dwie piosenki z tej płyty: „Smok Cyryl” Wojtka Dudzińskiego i „Czysta Wisła” Bogdana Kuśki. 

Czego możemy się spodziewać po waszej kolejnej płycie?

Jesteśmy w trakcie przygotowywania się do nagrania nowej płyty. Tytuł roboczy: „Kropla”. Będzie to płyta z różnymi piosenkami i szantami z różnych miejsc na świecie, czyli kropla wszystkiego. Do tego liryki w języku polskim i nasze aranżacje. Poprzeczka po ostatniej płycie jest wysoko, ale patrząc na materiał stwierdzam, że nie ma już strachu.

W tym roku obchodzicie 30-lecie. To poważny wiek. Nie serwujecie już premierowych utworów co kilka koncertów, jak miało to miejsce na początku waszej drogi. Jaki okres uważasz za najbardziej płodny dla zespołu? 

Tak, 30 lat minęło, ale to tylko upływ czasu. My w sumie nie odpuszczamy bo pomysły i chęci są. Dziś jednak czasy sie zmieniły i wychodzimy z założenia, że mając tyle nagranych płyt, grając pierwszą, to tak jakbyśmy grali nową, bo młodsi słuchacze już tego nie znają! Dlatego następna płyta zostanie pokazana w całości, a nie jak dotychczas, kawałek po kawałku. Myślę, że tak będzie lepiej.

W waszym reperturze jest sporo miejsca nie tylko na śpiewane a cappella szanty i pieśni gospel, ale też na piosenki żeglarskie czy folkowe ballady. Które z nich są najbliższe Tobie osobiście?

Ja jestem orędownikiem pewnej totipotencjonalości, czyli pokazania, że nas na wszystko stać i potrafimy patrząc w oczy zaproponować to, czego Ty chcesz. A prawda jest taka, że acappella jest bardzo ważna, ale oddech trzeba dać i sobie i słuchaczom. Robimy to dzięki formom lżejszym i łatwiej przyswajalnym, co nie znaczy gorszym. Sam prywatnie, jak i wszyscy moi koledzy, wolę jednak acappella.

Urodziny obchodziliście na „Szantach we Wrocławiu”, gdzie było sporo gości. Ostatnio jednak zaprezentowaliście już pełen koncert w nowym składzie. Czy to dopierpo początek urodzinowych atrakcji?

Nie przewidujemy atrakcji, raczej przychylamy się do ewentualnego podkreślenia upływu czasu, który nam towarzyszy. Chodzi o pokazanie, że ciągle jedziemy do przodu.

Galeria

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Twoje konto

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy