Białostockie dni i noce

31 Festiwal Piosenki Żeglarskiej „Kopyść” 2015
Relacje Magdalena Borucka 14 maja 2015
31 Festiwal "Kopyść" Fot. Magdalena Borucka
Polskich festiwali szantowych, w których nie miałam okazji jeszcze uczestniczyć jest coraz mniej. Białostocka „Kopyść” należała do nich aż do tego roku, kiedy to skierowałam swe kroki na północny wschód Polski, poszukując powiewu świeżości w moich dotychczasowych doświadczeniach. Nie zawiodłam się. Było różnorodnie, było świeżo, było zaskakująco.

Entuzjazm, z jakim muzycy zjeżdżają na Podlasie z całej Polski (i nie tylko!) może świadczyć o atmosferze, w jakiej odbywa się ta, chyba najbardziej wysunięta na wschód kraju szantowa impreza. Już trzydzieści jeden udanych edycji świadczy też o sporym doświadczeniu białostockiej załogi w organizacji takich wydarzeń.
Nie bez powodu pisząc tę relację, tytułuję ją "Białostockie dni i noce". Pory dnia bowiem zacierały mi się skutecznie, upływając pod znakiem dobrej muzyki i wielogodzinnych rozmów. Niełatwo było pogodzić obowiązki zawodowe (fotografia) z rozmowami kuluarowymi, ale kilka lat doświadczenia robi swoje, sprawiając, że proporcje zostały zachowane, a efekty - sami możecie oglądać w galeriach zdjęć.

Słów kilka o tegorocznej edycji festiwalu

Trzy bardzo dobre koncerty, ze szczególną uwagą skierowaną na (a jakże!) sobotni jubileusz 30-lecia Mechaników Shanty i następujący po nim koncert "Żeglujże żeglarzu". Ale i piątkowa "rozgrzewka" okazała się być nie mniej ciekawa, bowiem prócz występów świetnych wykonawców, połączona była z występami konkursowymi. Od jakiegoś już czasu z chęcią przyglądam się powiewom świeżości na scenie szantowej, mając tu swoje typy. W konkursie zaprezentowało się kilku wykonawców, w tym tylko jeden solista (Wojciech Biesiadecki) i jeden... pies, który okazał się być nieodłącznym towarzyszem muzyków z Ponton Band. W sferze muzycznej chętnie przysłuchiwałam się właśnie tym ostatnim, a także rodzimemu Staremu Portowi Białystok, Syndromowi Beczki i The Nierobbers (znanych mi już z tyskiego Portu Pieśni Pracy). Jak później się okaże, zespoły te zostały wyróżnione tak przez jury, jak i publiczność, która tłumnie oddawała głosy na swoich ulubieńców.

Poza częścią konkursową, był to zdecydowanie wieczór duetów - Waldka Mieczkowskiego z Jackiem Ronkiewiczem na początku, a po przesłuchaniach konkursowych - dwóch Przemków: Maruchacza i Burela. To w piątek również mieliśmy okazję poznać gości zagranicznych - duet Bâbord-Tribord, czyli Daniel Grall (przesympatyczny, pogodny i ciepły) i Nico Brung (świetny w swej grze na akordeonie!), który zaprezentował francuskie podejście do muzyki morza, pokazując, że muzyka łączy, a nie dzieli. Najlepszym tego przykładem była wspólna, polsko-francuska wersja piosenki "Gdzie ta keja", wykonana razem z jedynym tego dnia reprezentantem Banana Boat - Michałem Maniarą i zespołem Sąsiedzi. Ci ostatni, dawno na Kopyści nie słyszani, zabrali widzów w skoczną, ale i refleksyjną, szantowo-folkową podróż, zamykając pierwszy dzień festiwalu.

Bardzo byłam ciekawa sobotnich koncertów

Zwłaszcza urodzinowych, muzycznych prezentów od zaproszonych gości, którymi miały być ich interpretacje utworów z repertuaru jubilatów. Koncert 30-lecia Mechaników Shanty nie mógł rozpocząć się inaczej, jak tylko od wspomnień Henryka „Szkota” Czekały, jak to miał 16 lat i swoją drogą szedł przez świat, a więc „Green Hornem”. Nie zabrakło podsumowań i wyliczeń, zgodnie z którymi Mechanicy w swojej karierze zagrali ok. 1000 koncertów. Niezły wynik, zważając na miejsca zamieszkania poszczególnych członków zespołu i ich codzienne zajęcia. Prócz świętujących gospodarzy, na tym koncercie mogliśmy usłyszeć kolorowe ptaki (te żarówiaste koszulki) czyli Tonam & Synowie, którzy urodzinowo, a'cappella zaśpiewali „Bitwę”; Waldka MieczkowskiegoFormację (z klasycznym prezentem - bombonierką, jak za dawnych lat) i Marka Szurawskiego, który przybliżył nam historię czteromasztowego, stalowego barka „Herzogin Cecilie”.
Najbardziej ujęły mnie muzyczne prezenty Flash Creep i Sąsiadów. „Molly Malone” w wykonaniu Izy Puklewicz-Łuczak nabrała głębi, mocy i emocji, zaś „Marco Polo” zabrzmiał w typowy dla Sąsiadów sposób - subtelny, dźwięczny, oparty na folku, ale łączący wiele pomysłów, rozpoczynający się od kanonu, a przeplatany irlandzkim motywem. Brawo! Jak na urodziny przystało był i tort dla wszystkich zaproszonych, z publicznością włącznie.

Finałowy koncert rozpoczęły występy laureatów konkursu

Grand Prix i „Wielką Kopyść” zgarnęli rewelacyjni The Nierobbers - brawo! Ku mojemu zdziwieniu, po konkursowiczach, na scenie pojawili się ponownie Francuzi z Bâbord-Tribord. Dwa koncerty to ukłon dla tych, którzy nie mogli ich usłyszeć w piątek i ukłon dla samych artystów, którzy mimo odwołanych lotów (strajk we Francji) nie poddali się i 3000 km przebyli samochodem. Po nich, zażółciło się na scenie dzięki chłopakom z Banana Boat, którzy prócz znanych już na pamięć, porywających publiczność utworów, zaprezentowali nowy, pt. „Morze i ja”, z nagrywanej właśnie, kolejnej ;) płyty. Jak zawsze podgrzali atmosferę.

Jednak napawdę barwnie zrobiło się na scenie dzięki najliczniejszej grupie w całym polskim świecie szantowym czyli Męskiemu Chórowi Szantowemu „Zawisza Czarny”, który swoimi strojami nawiązywał do klimatu XVIII i XIX w. Warto było przyjrzeć się tym epokowym strojom, które mogliśmy już podziwiać podczas koncertów na krakowskich „Shanties” czy „Szantach pod Żurawiem”. Muzycznie przypomnieli, jak brzmieć powinna szanta klasyczna w najlepszym wydaniu i to na niemal 40 gardeł i kilku gości. Nie bez powodu zaproszenie do udziału w koncercie grupy Jacka Jakubowskiego ponownie przyjęli, obecni już tego wieczoru na deskach kopyściowej sceny, Henryk „Szkot” Czekała, Maciek Łuczak, Maciek Jędrzejko, Marek Szurawski i po raz pierwszy Marek Wikliński. Specyfika solistów i bogate instrumentarium dopełniły całości, a muzycy dali sobie radę pomimo problemów akustyka z nagłośnieniem tak licznej grupy (zachowawczy śpiew wynikający ze złego słyszenia i siebie i solistów) i ich instrumentów (brak skrzypiec Jacka Ronkiewicza!). Koloryt sceny, po zakończeniu występu chóru z Gdyni, zachowały Tonamy, występujące na zakończenie festiwalu.

Moja pierwsza „Kopyść” zostanie w mojej pamięci jako festiwal z duszą

Muzycznie przekrojowa, bo pozwalająca na poczucie świeżości, za sprawą dawno nie słyszanych Tonamów i Przemka Maruchacza, ale i na spotkania z dawno poznanymi, goszcząc tych, którzy od lat (podobnie jak sam festiwal!) obecni są na polskiej scenie muzyki morza. Wszystko to w przyjemnej towarzysko atmosferze i z dobrą pracą oświetleniowców. Warto było przejechać całą Polskę, doświadczyć „Kopyści” i... chcieć wrócić za rok, czego organizatorom, muzykom, przybyłym, a także i mnie samej z całego serca życzę.

 

31 Festiwal Piosenki Żeglarskiej „Kopyść”, 10-11.04.2015, Białystok
Portal Szanty24.pl był patronem medialnym wydarzenia

Kup przez internet

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Twoje konto

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy