Szanty na stadionie

25 Szanty we Wrocławiu
Relacje Michał Nowak 31 marca 2014
25 Szanty we Wrocławiu Fot. Barbara Wójcik
Szanty we Wrocławiu, jeden z owoców wielkiego szantowego boomu przełomu lat 80. i 90. ubiegłego wieku, nie tylko przetrwały w dobrej kondycji 25 lat, ale dziś są dość powszechnie uznawane za jeden z dwóch (obok Shanties) największych i najważniejszych festiwali w Polsce. Edycja numer 25 nie zawierała jednak prawie wcale akcentów jubileuszowych. Może i słusznie.

Zamiast świętować, lepiej myśleć o rozwoju i patrzeć w przyszłość. Szczególnie, że ostatnie lata to dość trudny czas dla festiwalu. Najpierw konieczność wyprowadzki z kultowej Wytwórni Filmów Fabularnych i tułaczka po różnych, nie zawsze odpowiednich salach (hala IASE, stołówka Politechniki Wrocławskiej, Centrum Sztuki Impart), później znaczne okrojenie programu (w tym likwidacja dnia folkowego i konkursu).

Odrodzenie na stadionie

Po tej edycji z czystym sumieniem można jednak ogłosić rozwiązanie przynajmniej pierwszego z tych problemów. Klub Biznesowy na Stadionie Miejskim, oddany do użytku w ubiegłym roku, okazał się bardzo dobrym miejscem na organizację festiwalu. Do największych jego zalet, poza pojemnością, należy... lokalizacja stanowisk gastronomicznych - można spokojnie jeść i pić, słuchając koncertu. W Wytwórni nie było to możliwe, nie mówiąc już o Imparcie. Nie brakuje też wreszcie wolnej przestrzeni pod sceną dla słuchaczy odbierających muzykę nieco bardziej żywiołowo.
Liczba wykonawców nie tylko nie została w tym roku okrojona, ale ją poszerzono - wystąpili np. nieobecni w ubiegłym roku Atlantyda czy Formacja. Zmiany nastąpiły też w utrwalonym od lat porządku koncertów: koncert szanty klasycznej z sobotniego popołudnia został przesunięty na piątek, w sobotę zaś zamiast dwóch koncertów był jeden (za to trwający prawie osiem godzin).

Tradycyjni na start

Koncert „klasyczny” może nie obfitował w fajerwerki i zaskoczenia, ale stał na solidnym poziomie. Rozpoczęły klasycznie Cztery Refy, później nastąpił balladowo-folkowy przerywnik w postaci występu Waldemara Mieczkowskiego oraz Formacji w nieco nietypowym składzie (bez Tomasza Hałuszkiewicza i Pawła Grodzkiego), za to ze świeżym dziełem Jacka Jakubowskiego, piosenką „Miss-Sisi-Pi”.
Sąsiedzi tego dnia żegnali swojego frontmana Jakuba Owczarka. Myślę, że nie tylko mi trudno sobie wyobrazić ten zespół bez niego, no ale... zobaczymy. Na pocieszenie - na scenie z Sąsiadami po dłuższej przerwie znów pojawił się Adrian Poznachowski.
W temacie Pereł i Łotrów byłem ostatnio nieco zapóźniony - dopiero pierwszy raz zobaczyłem ich bez Adama Saczki oraz z nowymi nabytkami w postacki Włodka Dębskiego (ex-Spinakery) i Michała Mrozika (ex-North Cape). Nowy w znacznej mierze skład postawił na „powrót do korzeni” - w piątek były wyłącznie „szanty i okolice”, m.in. „Bulina”, „Ali alo”, „Abordaż”, „Cukier w ładowni” i oczywiście nieśmiertelna „Burza” na bis.
Bez zaskoczeń rzecz jasna Stare Dzwony i Mechanicy Shanty. Oba zespoły na tym koncercie postarały się zagrać bardziej klasycznie, co w przypadku pierwszego z nich oznacza dwa-trzy utwory tradycyjne, w przypadku drugiego obecność takich pieśni jak „Johnson Girls”, „Paddy Works on the Railway” czy „Sześć błota stóp”. Doskonale w tych klimatach sprawdza się Maciek Łuczak, który od paru już koncertów zastępuje w składzie Mechaników Lecha Klupsia. Do kategorii „bez zaskoczeń” należą również od jakiegoś czasu Banana Boat. Wprawdzie z biegiem miesięcy i lat wyzbywamy się powoli nadziei na nową płytę Bananów, ale do niedawna jednak raz na jakiś czas pojawiał się na scenie nowy utwór w ich wykonaniu. Tymczasem „Stavanger”, „Moby Dick” czy „Proj di vilo” zdążyły się „osłuchać”, a nowości brak.

Znacie? To posłuchajcie

Sobotni koncert, który zwykle był erupcją żeglarskiego popu, w tym roku zawierał w sobie również pewne elementy tradycyjne, m.in. za sprawą Czterech Refów, których udział w festiwalu systematycznie rośnie. Przez lata pokazywali się tylko na koncercie klasycznym, od ubiegłego grywają też w Łykendzie, a teraz doszedł jeszcze trzeci występ w sobotę. Drugi raz pojawiły się też Banany oraz Perły. Zwłaszcza występ Pereł zasługuje na odnotowanie, gdyż po powtórzeniu kilku utworów a cappella z piątku zespół wyjął wreszcie instrumenty i zagrał „Chłopców z Killybegs”, „Mgłę” oraz „Grand Banks”.

Warto też odnotować występ Zejmana&Garkumpla, który postanowił dalej eksplorować skandynawski folklor. Do granego z nyckelharpą hitowego „Tańca lisa, wilka i zająca” dołączyły „Żabusie”. Jeśli kto ciekaw genezy, niech wpisze w Youtube’a „Swedish Frog Dance”.
Nie brakowało oczywiście i rzeczonego popu, obficie serwowanego przez grupy EKT Gdynia i Mietek Folk. Z ciekawością wypatrywałem występu Atlantydy, która promowała swoją nową płytę. Tak występ, jak i płyta - pół na pół - zanurzone w przeszłości i wyznaczające nowy kurs.

W synagodze

Niedzielny koncert znów zyskał bardziej uroczystą formę, a przede wszystkim lokalizację. Synagoga pod Białym Bocianem jest bowiem miejscem wielu wydarzeń artystycznych z najwyższej półki. Bardzo dobry był także i debiut szant w tym wnętrzu, odbywający się pod znakiem kolejnych okrągłych urodzin Jerzego Porębskiego.
Obok samego jubilata wystąpili Andrzej Korycki i Dominika Żukowska oraz Ryczące Dwudziestki. Większe limity czasowe oraz specyfika koncertu pozwoliły zaprezentować wykonawcom parę mniej „ogranych” rzeczy. „Poręba” zaśpiewał m.in. „Siostry” i „Soledad”, duet Korycki&Żukowska - cały zestaw piosenek ze Wschodu, nowy utwór „Łódki”, pochodzący z płyty nagranej dla fundacji „Żeglowanie bez barier”, „Lodowe oscypki”, nie zabrakło też hitów. Sporo radości dał mi występ Dwudziestek, szczególnie przy „Lodach Grenlandii” oraz nowym utworze „Muzyka”. Była to niestety jedna z bardzo, bardzo nielicznych nowych rzeczy na tym festiwalu.

Czas kończyć...

Powtarzalność, brak nowości były zasadniczym minusem Szant we Wrocławiu Anno Domini 2014. Można krytykować wykonawców, bo nawet ci, którzy jeszcze niedawno co rusz prezentowali coś nowego, jak Sąsiedzi, tym razem grając w Łykendzie zaprezentowali w zasadzie powtórkę koncertu z dużej sceny. Nawet Cztery Refy, mające przecież w repertuarze 200 utworów, nie zawsze starają się ostatnio dobrać ich koncertowy zestaw tak, by czymś zaskoczyć, by przypomnieć jakąś zakurzoną rzecz sprzed lat. O paru innych zespołach, grających od lat to samo, wspominałem niejeden raz, więc nie będę się powtarzał.
Oczywiście problem mogłoby rozwiązać zaproszenie wykonawców grających we Wrocławiu rzadziej lub wręcz wcale. Kilka lat wstecz tak się zresztą działo, koncerty Qftrów, Flash Creep, Smugglers, North Wind, The Bumpers czy Hambawenah były sporym urozmaiceniem festiwalu. Organizatorzy, szczególnie mając do dyspozycji mniejsze środki finansowe, ograniczyli się jednak do „żelaznego” zestawu.
Dla wielu miejscowych fanów, dla których wrocławski festiwal jest jedynym w roku, ten problem z pewnością nie jest specjalnie ważki. Szczególnie, że w tym roku naprawdę wiele rzeczy było na plus w porównaniu z ubiegłym. Sprawdziły się nowe lokalizacje (nie tylko stadion, ale i synagoga), koncerty trzymały równy, solidny poziom, także te w Łykendzie. Pozostaje życzyć wrocławskiemu festiwalowi, by utrzymał tę tendencję, a za dwa lata możemy mieć imprezę godną Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

25 Szanty we Wrocławiu, 27.02-02.03.2014, Wrocław
Portal Szanty24.pl był patronem medialnym wydarzenia

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Twoje konto

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy