Mielczanin na pudle

Po „Mini Shanties” w Stalowej Woli.
Relacje Mariusz Wiącek 12 grudnia 2016
Krzysztof Grzebieniak Fot. Magda Malicka
W pierwszy weekend grudnia, w Stalowej Woli odbył się 31 Festiwal „Mini Shanties”, organizowany przez Stowarzyszenie Rozwoju Żeglarstwa i Harcerstwa Wodnego  „Horyzont” oraz Spółdzielczy Dom Kultury. Na dwudniowej imprezie, poza koncertami uznanych zespołów sceny muzyki żeglarskiej, znalazł się i konkurs dla początkujących. Ostatnio to rzadkość.

Na inaugurację Festiwalu Piosenki Żeglarskiej „Mini Shanties” w Stalowej Woli zaśpiewali, przy wypełnionej po brzego sali, Andrzej Korycki i Dominika Żukowska. Co się działo, jak się śpiewało, tym co znają Andrzeja i Dominikę nie muszę chyba pisać. Tym, którzy nie byli jeszcze na ich koncercie – gorąco polecam!

Przełuchania konkursowe odbyły się w drugim dniu festiwalu (3.12). Rok temu wypłynął tu zespół C.K. Potr Przemyśl, bardzo dobrze odebrany przez „branżowe media”, nie dziwiło więc, że i w tym roku liczono w Stalowej na jakieś „objawienia”. I nie zawiedziono się, ale po kolei.
W konkursie wzięło udział 10 wykonawców, w wieku od lat 10 do kilkudziesięciu, z terenu Polski południowo-wschodniej. Jury, któremu piszący te słowa miał zaszczyt przewodniczyć, przyznało równorzędnie pierwsze miejsce solistom, Krzysztofowi Grzebieniakowi z Mielca oraz Robertowi Krzyżanowskiemu z Kielc. Drugie miejsce zdobyła Wiktoria Wach, a trzecie Julia Fijałkowska. Jednocześnie Jury postanowiło jednogłośnie nominować do udziału w XXXVI Międzynarodowym Festiwalu Piosenki Żeglarskiej SHANTIES 2017 w Krakowie - Krzysztofa Grzebieniaka oraz Roberta Krzyżanowskiego.

Krzysztofa Grzebieniaka miłośnicy „mokrego” grania powinni już kojarzyć. Jest on bowiem członkiem zespołu Trzy Maszty, który pojawiał się już na konkursach z repertuarem mocno rockowym, by nie powiedzieć metalowym, śpiewając oczywiście o żeglowaniu. Jak się okazuje zamiłowanie do pisania i śpiewania piosenek żeglarskich Krzysztof wyniósł z Mazur, skąd pochodzi.

Oczywiście podsumowaniem przesłuchań konkursowych, był koncert laureatów. Wiktoria Wach podczas  konkursu akompaniowała sobie na gitarze. Tym razem wyręczył ją Robert Krzyżanowski, dzięki czemu młoda solistka mogła skupić się na śpiewaniu, mniej się stresowała i fantastycznie zaśpiewała „24 lutego/Bijatykę”, znaną z repertuarów Starych Dzwonów czy Czterech Refów. Julia Fijałkowska zaśpiewała do podkładu muzycznego o piracie Fabianie, do której to piosenki dołączyła własną „opowieść” o tym co pirat robi. Zwycięzcy uraczyli widzów swoimi piosenkami. Robert Krzyżanowski zaśpiewał dwie autorskie kompozycje traktujące o mazurskim żeglowaniu, a Krzysztof Grzebieniak obok swej autorskiej dorzucił jeszcze „Port Amsterdam” J. Brel'a, w tłumaczeniu Wojciecha Młynarskiego.

Po owacajch, nagrodach i gratulacjach, na scenie pojawili się już „zawodowcy”. Zaczęli zwycięzcy ubiegłorocznego konkursu, wspomniani już CK Port Przemyśl, którzy zaprosili do koncertu światowej klasy muzyka grającego na harmonijkach - Dariusza Sierpniaka. Po ich koncercie przenieśliśmy się na drugi koniec Polski, bo na scenę zawitali muzycy z Gdańska. Waldemar Mieczkowski, legendarny kapitan żaglowca Zawisza Czarny (ponoć sprzedał żaglowiec indiańskiemu wodzowi, by później go odkupić - historia na osobny artykuł). Waldek od lat powtarza, że marynarze w kubryku, tęskniąc za lądem, śpiewali o... lądzie. Dlatego obok piosenek żeglarskich, zaśpiewał także i te turystyczne, i autorskie, i poetyckie. Jak to bard potrafi. Po nim pojawiła się na scenie Formacja, z repertuarem bardziej folkowym i tekstami opowiadającymi historie związane z Gdańskiem, Trójmiastem i Morzem Bałtyckim. Na koniec muzycy trójmiejscy zgotowali widzom niespodziankę śpiewając wspólnie kilka utworów, co tych śledzących historię polskiej sceny szantowej, a zwłaszcza trójmiejskiej, nie powinno dziwić. Aplauz potwierdził, że takich w Stalowej Woli było wielu. Finał godny miejsca i festiwalu, ale...

Jak to na dobrych festiwalach bywa, śpiewanie nie kończy się z zakończeniem imprezy, tylko przenosi się do festiwalowej tawerny, gdzie nierzadko trwa do wczesnych godzin rannych. Nie inaczej było i na „Mini Shanties”. W rolę tawerny wcielił się pub Joker. Ja tam byłem i grog ze szklanki piłem, a co widziałem to zapamiętałem i wam dosyć skrupulatnie  przedstawiłem. Na koniec duże gratulacje dla organizatorów na ręce dyrektora festiwalu Bogdana Strzeleckiego.

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Twoje konto

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy