Kto nie był, gapa

XXIV Spotkania z Piosenką Żeglarską i Muzyką Folk "Szanty we Wrocławiu"
Relacje Michał Nowak 1 marca 2013
24 Szanty we Wrocławiu Fot. Paweł Nowak
Po raz dwudziesty czwarty do Wrocławia, żądającego już tradycyjnie dostępu do morza, ściągnęły posiłki, by wesprzeć gród nad Odrą w tych dążeniach. Koncerty w Centrum Sztuki Impart oraz w klubie Łykend wypełniły cztery festiwalowe dni. W programie były aż dwa jubileusze, niespotykany zbyt często duet, czy wreszcie tradycyjne szanty, śpiewane a cappella. Niestety to już za nami.

Kolejne Szanty we Wrocławiu rozpoczęły się tradycyjnie koncertem w klubie Łykend. Swój jubileusz 10-lecia obchodził tam wrocławski zespół Za Horyzontem

Na scenie pojawili się byli i obecni członkowie zespołu. Dopisały przede wszystkim dziewczyny - obok Agaty Boratczuk, Julity Gacparskiej (stara gwardia), Anity Janukiewicz czy Anny Raczyckiej (nowsze nabytki) zobaczyliśmy Maję LewickąBeatę Greb-MarkiewiczJadwigę Tomczyńską, które zapisały wieloletnie karty w historii zespołu. Były także Anna Dębicka i Marta Łydka, które wspomagały ekipę instrumentalnie. Zawiedli nieco panowie, paru z nich nie mogło wziąć udziału w jubileuszu.

Z okazji 10 urodzin był oczywiście tort, który został sprawnie rozdzielony wśród widzów, szczelnie wypełniających tego wieczora klub Łykend. 

Na scenie, obok występu jubilatów w poszerzonym składzie, obserwowaliśmy wrocławskie kapele: Orkiestrę Samanta, F.A.N.T., Pod Masztem, Znienacka Project i W Stronę Portu. Nie brakowało niespodzianek. Irlandzki standard odśpiewała stworzona ad hoc formacja na czele z Anną Raczycką i Elą Kołodziejczyk (reprezentującą zespół Betty Blue, który na jakiś czas zawiesił działalność).

Dwudziestki świętują

Jubileusze znanych zespołów to stały element wrocławskiego festiwalu. W ostatnich latach świętowali tu m.in. Stare Dzwony, Cztery Refy, EKT Gdynia czy Orkiestra Samanta. Każdy z tych koncertów był okazją nie tylko do wspomnień, ale też występów z zaprzyjaźnionymi zespołami i innych muzycznych fajerwerków.

Nie inaczej było w piątkowy wieczór we Wrocławiu. Ryczące Dwudziestki miały trzy „wejścia”, w każdym z nich dołączali do nich na scenie przyjaciele. Najpierw była Sina mgła zagrana wspólnie z Drake, później Weldon/Baildon Banana BoatFew Days i Burza z Perłami i Łotrami, wreszcie Co się zdarzyło jeden raz i Śmiały harpunnik z gościnnym udziałem Marka Szurawskiego. Takie występy to zawsze duża atrakcja dla publiczności i bardzo dobrze, że było ich tak wiele.

Nie było specjalnie nowości w standardowych programach wykonawców. Owszem, może Orabajo nie pojawiało się w ostatnich latach specjalnie często w repertuarze Banana Boat. Róże z Dublina też nie jest „żelaznym” utworem w repertuarze duetu Korycki/Żukowska. Trzonem występów większości wykonawców były jednak utwory „znane i lubiane”. Pewnym wyjątkiem była może tylko Afryka, utwór Mirka Kowalewskiego z nowego programu dla dzieci, nagrodzonego tydzień temu na Shanties nagrodą Grand Prix. Andrzej Korycki oraz Qnia, Sęp i Łukasz z RO20 z pewnością mieli niezłą zabawę, towarzysząc Kovalowi w tym utworze.

Koncert, sprawnie prowadzony przez sprawdzony duet Doktor/Muzyk (Michał Gramatyka/Wojciech Harmansa - Perły i Łotry), można uznać za udany. Choć oczywiście żal paru niewykorzystanych możliwości. Przykład pierwszy z brzegu: gdyby tak „Siurawa” zaśpiewał z Ryczącymi nie dwa, ale np. pięć utworów z ich wspólnej płyty sprzed lat, byłoby wydarzenie. Gdyby...

Mało klasyki, więcej popu

W sobotę nastąpiła kulminacja wrocławskiego festiwalu. Najpierw koncert dla dzieci Zejmana & Garkumpla, z programem, który tydzień wcześniej w Krakowie zdobył Grand Prix. Tłumy rozbawionych dzieciaków i szcześliwych rodziców - to najkrótsze podsumowanie. O 15.00 rozpoczął się koncert szanty klasycznej, w którym wystąpili Cztery RefyStare DzwonyBanana Boat oraz Perły i Łotry

Obawiałem się występów Pereł i Łotrów oraz Banana Boat - oba zespoły w poprzednich latach na tym koncercie zaliczały spektakularne faux pas, nie śpiewając ani jednej (!) szanty. Perły tym razem spisały się nad wyraz dobrze - śpiewały wyłącznie marynarskie pieśni pracy, nawet jeśli w mocno uwspółcześnionej wersji. Bardzo fajnie wypadł wielogłosowy przedśpiew Trzeba nam na Horn, szantowo (St. Francois, Chwyć za handszpak), ale i z domieszką rozrywki (Francuzka) było i później. Udany występ.

Banany aż tak szantowe nie były, ale zdecydowanie bardziej niż poprzednio. Moją uwagę zwróciła przepiękna francuska ballada Isabeau s’y promene, przywieziona z tournee po Kanadzie.

Refy to... Refy. Bez nich ten koncert chyba musiałby zmienić swoją nazwę. Były szanty, pieśni kubryku, a moją szczególną radość wzbudziło odświeżenie utworu Tyle mamy za sobą przebytych mil. Wspaniała, chóralna pieśń, starszym fanom znana z pierwszej kasety zespołu z... 1987 roku. Stare Dzwony od lat szanty wykonują sporadycznie. Było za to w ich wykonaniu sporo utworów balladowych i rozrywkowych, w tym nowsze Kapitan Borchardt i Ciechocinek. Ten drugi, oparty na podobnej interakcji z widownią jak Plasterek cytryny, to kolejny murowany hit.

Po trzygodzinnym koncercie „klasycznym” - pięć godzin żeglarskiego popu podczas koncertu nocnego. Licznie reprezentowane były ekipy wrocławskie (Orkiestra Samanta, F.A.N.T., Za Horyzontem). Wystąpili też Zejman & Garkumpel, EKT Gdynia i Mechanicy Shanty. Swoistym bonusem był występ Jerzego Porębskiego z trzema utworami.

Ten właśnie koncert tradycyjnie był najbardziej oblegany, ochrona miała sporo pracy z zapanowaniem nad przepełnioną widownią, którą w ekstazę wprowadził zwłaszcza Zejman & Garkumpel swoim hitem szwedzkiego pochodzenia, Tańcem lisa, wilka i zająca. Warto także odnotować odświeżenie przez Mechaników Shanty szantowego kanonu Portsmouth, śpiewanego przez nich ponad 20 lat temu oraz występ Za Horyzontem z towarzyszeniem tancerek tańców irlandzkich.

Bardowie kubryku

Festiwal zakończył się tam, gdzie się rozpoczął - w klubie Łykend, tym razem kameralnym koncertem Jerzego Porębskiego i Ryszarda Muzaja. Trzygodzinny występ zgromadził około setki widzów i został podzielony na trzy niespełna godzinne sety. W pierwszym zagrał „Poręba”, w drugim Ryszard Muzaj, w trzecim panowie pokazali się w duecie, co należy uznać za wydarzenie, bo nie zdarza się to zbyt często. W solowej wersji zabrzmieli bardziej nastrojowo, w duetowej - nieco bardziej rozrywkowo. Niemal setka widzów dwukrotnie zmuszała artystów do bisowania.

Quo vadis, Wrocław?

W tym miejscu mógłbym napisać sztampowe: ludzie bawili się znakomicie, artyści dali z siebie wszystko, a festiwal był udany. Trudno jednak udawać, że było tak jak dawniej. Zacznę jednak od pozytywów.

Centrum Sztuki „Impart” podobało mi się już dwa lata temu, kiedy jeszcze dzieliło się festiwalem z halą IASE. Teraz odbyły się tu wszystkie główne koncerty i na pewno wszyscy ci, którym zależało w pierwszej kolejności na słuchaniu, mogli być usatysfakcjonowani. Sali podobnej do tej w Wytwórni Filmów Fabularnych w tej chwili po prostu we Wrocławiu nie ma i właściwie trudno znaleźć jakąś alternatywę dla Impartu. Być może mniej nadaje się do koncertów w rodzaju nocnego, gdzie sporo ludzi chciałoby potańczyć i poskakać pod sceną. No i jeszcze ten zakaz wnoszenia piwa na salę...

Ciekawie było też w Łykendzie. W piątek po północy zagrał jakiś czas we Wrocławiu niewidziany Drake, w sobotę mieliśmy żywiołowy koncert Hoverli (stosunkowo nowy projekt „Alexa” z Orkiestry Samanta, grający folk ukraiński) i przede wszystkim premierowy chyba na wrocławskim festiwalowym „afterparty” koncert Czterech Refów. Zdecydowanie warto urozmaicać ten element festiwalu. Może nawet jeszcze bardziej niż w tym roku?

Kryzys - to słowo odmieniane jest ostatnio przez wszystkie przypadki. Boleśnie jego działanie odczuwa branża szantowa. Wiele festiwali mocno okroiło swój program, niektóre upadają (Szantrapa w Szczecinie). Czołówka - Kraków i Wrocław - jakoś się trzyma, ale trudno kryć, że tegoroczna liczba zespołów we Wrocławiu była mniej więcej o połowę mniejsza niż dawniej. Kolejny rok nie ma w programie koncertu folkowego, w tym roku zniknął również konkurs. Polityka koniecznych cięć dotknęła przede wszystkim zespołów mniej znanych, ale też mniej „komercyjnych”, ambitniejszych - ze szkodą dla poziomu festiwalu. Jeśli ktoś spodziewał się nowości, zaskoczeń - to przecież nie po EKT Gdynia czy Mechanikach Shanty (obecnych we Wrocławiu), ale raczej po Sąsiadach, Formacji czy Flash Creep (których we Wrocławiu zabrakło).

Liczę, że w kolejnych latach wrocławski festiwal powiększy znacząco swój budżet, ale też przeformułuje swoje założenia. Impreza aspirująca do czołowej pozycji na skalę kraju nie może tylko „płynąć z prądem” komercji. Europejska Stolica Kultury 2016 zobowiązuje.

 

24 Szanty we Wrocławiu, 28.02-3.03.2013, Wrocław
Portal Szanty24.pl był patronem medialnym festiwalu

Komentarze

dodaj własny komentarz
  • Daria Jaworzno / Polska 4 marca 2013, 16:16
    Ach, jak było cudnie!!! Trzy dni niesamowitych wrażeń i radości. Jedyny festiwal, na który jeżdżę regularnie i póki starczy sił - jeździć będę!!! I Z CAŁEGO SERCA DZIĘKUJĘ MASZYNIE LOSUJĄCEJ :ppppp ONA JUŻ WIE, ZA CO :p
    Czy ta wypowiedź okazała się pomocna? Tak Nie
Zobacz więcej

Jesteś tutaj:

Twoje konto

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy