Kolorowa z Giżycka

Jubileuszowa gazetka festiwalowa
Recenzje Kamil Piotrowski 24 sierpnia 2012
Gazetka festiwalowa - "Szanty w Giżycku" Fot. Kamil Piotrowski
Jakoś tak bez większych fanfar w mediach żeglarskich, szantowych i nawet regionalnych przeszedł jubileusz jednego z największych festiwali piosenki żeglarskiej i szant na Mazurach. A tu ani się obejrzeliśmy, jak "Szantom w Giżycku" stuknęło dwadzieścia lat. Zacny to jubileusz. Z tej okazji ukazało się specjalne wydanie festiwalowej gazetki.

Właśnie dotarła do redakcji gazetka, wydana z okazji dwudziestej edycji Festiwalu Piosenki Żeglarskiej "Szanty w Giżycku". Niestety, jak na "największy festiwal szantowy w Polsce" i poważny jubileusz "gazetka" rozczarowuje. Objętość i zawartość raczej skromna, żeby nie powiedzieć biedna, a całość sprawia wrażenie robionej w ostatniej chwili.

A przecież "Szanty w Giżycku" mają się czym pochwalić. Nawet dziś, to nadal jedna z najważniejszych imprez żeglarskich w kraju, która każdego lata gromadzi kilkutysięczną publiczność z całej Polski, i nie tylko. W twierdzy Boyen z reguły gości czołówka polskiej sceny szantowej i znów przyjeżdżają muzycy z zagranicy. Przez lata, także konkurs należał do tych najważniejszych dla młodych wykonawców, na którym trzeba było "bywać".

I wreszcie "Szanty w Giżycku" miały coś, co na innych festiwalach nie było widywane - codzienną, gazetkę festiwalową. Choć mała i kilkustronicowa, była naprawdę profesjonalnie redagowana i wiem, że wielu fanów (w tym ja) z niecierpliwością na nią czekało.

I dlatego spodziewałem się, że jubileuszowe wydawnictwo to będzie coś! Znajdę tam dużo ciekawych zdjęć opisujących historię imprezy, wspomnienia, artykuły, smaczki, listę laureatów wszystkich konkursów itp., słowem, że dostanę niemal "kronikę". Chyba zbyt wiele, jak na dzisiejsze czasy, oczekiwałem.

Pierwsze co rzuciło się w oczy to to, że w gazetce brak... tekstów. Na pierwszych pięciu stronach (w sumie redakcyjnych jest 6) znalazłem same zdjęcia, ułożone bez jakiegoś wyraźnego planu, ot, to co udało się znaleźć, i co gorsza, bez opisów (sic!). Nikt nie wspomina, nikt nie opowiada, nie cytuje anegdot. Nie czuć, że to gazetka dwudziestoletniej imprezy.

Gdy z okazji dziesięciolecia Festiwalu "Keja" w Strzelcach Krajeńskich dotarło do mnie jubileuszowe wydawnictwo, okazało się solidną książką, z pełną informacją o wszystkich edycjach, z opisanymi zdjęciami - da się. Przyznam, że po "Giżycku" nie spodziewałem się książki, ale po jubileuszowym wydaniu gazetki, czegoś do poczytania oczekiwać można. Znalazłem to dopiero na przedostatnich stronach.

Oto wydawca, krótko, bo krótko, ale jednak, przedstawia dyrektorów Giżyckiego Centrum Kultury, którzy z racji swej funkcji dowodzili do tej pory festiwalem. Dowiedziałem się stąd, że byli to: Elżbieta Lenczyk, Jerzy Piekarski, Mirosław Błudzień i obecnie kierująca placówką, Dorota Łabuz.

To ci "Kapitanowie Szant w Giżycku", jak nazwano ich w tym artykuliku, zainaugurowali w 1993 r. festiwal i kolejno kontynuowali jego organizację aż do obecnej, 20 edycji. Różne to były edycje, od trzydniowych, wielogodzinnych, międzynarodowych maratonów, po dwudniowe koncerty, ale to dzięki tym osobom (i ich współpracownikom) festiwal trwa.

Szkoda, że nie przedstawiono ich lepiej, niż tylko na małych, niewyraźnych zdjęciach. Przecież do dziś pracują w kulturze i z pewnością mieliby sporo do opowiedzenia o "ich" festiwalach i o swoich dalszych losach. Ale i tak plus, że choć tak ich uhonorowano.

Przedostatnią stronę poświęcono z kolei pracownikom Giżyckiego Centrum Kultury oraz wolontariuszom. Tym, którzy już nie w światłach reflektorów, przygotowują festiwal na długo przed jego rozpoczęciem, i "zamykają" jeszcze długo po jego zakończeniu. To trudna, żmudna praca, a rzadko jest okazja by poznać zespół organizacyjny. Są zdjęcia, podpisy - brawo.

Rozumiem, że w kulturze brakuje rąk do pracy, a te które są "obsługują" w sezonie jednocześnie wiele wydarzeń, i są kiepsko opłacane (znam to z własnego doświadczenia). Cięcia władz lokalnych w wydatkach na kulturę, to nie tylko bolączka Giżycka, a przecież jubileusz dwudziestolecia nie obchodzi się co roku? Można się do niego przygotować, można zaprosić jednego wykonawcę mniej, albo zaoszczędzić w innym miejscu i pomyśleć o wydawnictwie odpowiednio wcześniej. Można wreszcie poprosić o pomoc przyjaciół festiwalu. Przecież jak cię widzą, tak cię piszą.

Z westchnieniem wspomniałem te wspaniałe, festiwalowe gazetki, które wielokrotnie miałem okazję czytać czekając na widowni na kolejnego artystę. I cóż, że zdjęcia były czarno-białe, czasem niewyraźne, cóż, że trafiały się literówki, ale te gazetki miały ducha, oddawały klimat imprezy. Robione po nocach, rozdawane przed koncertami, niosły z sobą to, co przeżywaliśmy dnia poprzedniego - zapowiadały to, co nas jeszcze czekało. To było coś, co festiwal naprawdę wyróżniało na tle innych. Liczyłem, że "dwudziestolatka" taka właśnie będzie. Pokaże mi to, co było i przedstawi wizję na lata następne.

Ale nic straconego, jeszcze można coś takiego przygotować, a ja ze swej strony mogę zadeklarować, że jeśli dożyjemy, to chętnie pomożemy. Dlatego życzę organizatorom "Szant w Giżycku" by przede wszystkim chęci nie brakowało, reszta się znajdzie.

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Twoje konto

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy