Dwa koncerty, dwa światy

Andrzej Korycki i Dominika Żukowska
Relacje Barbara Wójcik 15 listopada 2013
Andrzej Korycki i Dominika Żukowska Fot. Barbara Wójcik
O tym, że piosenka żeglarska jeszcze się do wielkich sal szybko nie przebije, wiemy. Jednak są artyści, którzy pojawiają się w teatrach czy filharmoniach, choć w programach nie mających z żeglarstwem wiele wspólnego. Mowa tu m.in. o Andrzeju Koryckim i Dominice Żukowskiej, którzy piosenki Okudżawy i Wysockiego śpiewają w klubach i salach koncertowych - tak jak we Wrocławiu.

Ostatnio we Wrocławiu odbyły się dwa występy Andrzeja Koryckiego i Dominiki Żukowskiej. Pierwszy, 11 listopada, w Sali koncertowej Radia Wrocław, był częścią spektaklu pt. „A przecież mi żal…”, czyli ballady Bułata Okudżawy. Oprócz znanego nam wszystkim duetu, na scenie pojawili się również Marian Opania, Zbigniew Zamachowski i zespół Janusza Bogackiego. Niestety, zapowiadana Stanisława Celińska, nie dotarła (?). Drugi, dnia następnego - już bardziej kameralny - to występ we wrocławskim klubie Łykend.

Ten sam Wrocław, ci sami Andrzej z Dominiką, a jednak dwa tak różne koncerty, dwie tak różne publiczności i dwie tak różne atmosfery panujące we wspomnianych salach. I choć Andrzej z Dominiką przez tę dobę się nie zmienili, to jednak te dwa koncerty odbierało się całkiem inaczej.

Pierwszy - elegancki, wręcz wyniosły. Starsi ludzie, wieczorowe stroje, poważne słowa. I ta sala! Wciąż, gdy zamykam oczy, widzę te przecudowne organy, górujące nad artystami! Nastrój uroczysty, za to sam koncert bardzo krótki, wręcz jeszcze dobrze się nie zaczął, a artyści już schodzili ze sceny kłaniając się widowni. Mimo tak doborowego towarzystwa na scenie, większość utworów i tak wykonywali Andrzej z Dominiką. Szybkie wejście na scenę, trzy utwory Opani, zejście. Zamachowski - wejście, utwór, zejście. Gdyby nie to, że zaśpiewał na bis, nawet nie zauważyłabym, że On tam był. Żadnego grania i śpiewania razem, każdy osobno, każdy krótko. Także, kiedy po koncercie ktoś się mnie spytał, jak było, jedyne co byłam w stanie odpowiedzieć to „ekspresowo”. Wciąż, gdy o tym myślę, to główne moje odczucie. A bilety nie były tanie...

Gdy Andrzej Korycki zapraszał publiczność w Radiu do śpiewania, Ci dołączali się. Jednak poza tymi momentami, nie słyszałam tego charakterystycznego dla ich występów, chóru publiczności śpiewającej wraz z nimi. Ci, którzy znali teksty, może i śpiewali, jednak nie było tego, w tym ogromie sali w ogóle słychać. A przecież wiemy jak wyglądają typowe koncerty tego duetu.

Tak, jak ich drugi występ we Wrocławiu, w Klubie Łykend. Już na starcie Andrzej zapowiedział, że przyjechali śpiewać z nami, a nie dla nas. Pełna sala, wszyscy, od początku do końca, śpiewają wraz z wykonawcami. Jaka moc, jaka energia, która wręcz biła od ludzi! Luźne opowiastki Andrzeja Koryckiego dodawały temu wszystkiemu smaku. I popłynęły wszystkie hity, wszystkie piosenki, które każdy znał! Koło tego nie dało się przejść obojętnie. Ta atmosfera, gdzie każdy się znał, gdzie wszyscy są po imieniu i gdzie wszyscy są „na luzie”, bardziej mi odpowiadała. Tego mi zabrakło w Radiu Wrocław.

Mimo że na spektakl „A przecież mi żal…” poszłam, gdyż chciałam posłuchać piosenek Okudżawy w wykonaniu Mariana Opani, Zbigniewa Zamachowskiego i Stanisławy Celińskiej, to z tego koncertu zapamiętałam Andrzeja i Dominikę. Występowali najdłużej, wprowadzali fajną atmosferę, byli tam, i to było widać, bo to kochają. No i ta śliczna sukienka Dominiki! 

Choć ilość nie przekłada się w jakość, to znacznie lepiej oceniałabym ten koncert, gdyby był dłuższy, z większą liczbą wykonanych piosenek. Chciałabym posłuchać też jak zaproszeni wykonawcy śpiewają coś razem! Ale to może moje szantowo-żeglarskie „zboczenie”.

Dominika i Andrzej? Jak zwykle cudowni, jak zwykle wspaniali, jak zwykle niesamowita atmosfera i jak zwykle - do zobaczenia.

Kup przez internet

Komentarze

dodaj własny komentarz
Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.

Twoje konto

Newsletter

Zapisz się na cotygodniowy newsletter szantowy